Hiszpania, Francja - autostop 2008


W połowie kwietnia AD 2008 Tomasz P. spytał się Małgorzaty K. (czyli mnie) czy nie chciałaby z nim jechać do Hiszpanii. Stopem. Ta najpierw uznała ten pomysł za głupi i niepoważny, aż w końcu stwierdziła, że dlaczegóżby nie jechać? No i pojechali.

Dzień I
Ruszyliśmy 26 kwietnia z Wrocławia, gdzie Tomek był na konferencji naukowej. Zaopatrzeni w wielkie plecaki, śpiwory, tabliczki, karimaty, mazaki, namiot i jeszcze kilka niezbędnych rzeczy wyruszyliśmy w stronę autostrady z akademika „Arka”, gdzie uczestnicy konferencji byli zakwaterowani. Po zajechaniu na miejsce, przeskoczeniu paru barierek, przygotowaniu tabliczek napisem „GRANICA” zajęliśmy w końcu dogodną pozycję i przyjęliśmy odpowiednią postawę. Pozycja musiała być iście dogodna, a postawa wyjątkowo odpowiednia, gdyż już po jakichś 10 minutach jechaliśmy w stronę zachodniej granicy. Tam nas wysadzono. Niedługo musieliśmy czekać aż zatrzymał się nam holenderski tir. Co ciekawe kierowcą był Słowak Marek mówiący całkiem nieźle po polsku. Z nim zajechaliśmy na tzw. Autohof (parking dla tirów) pod Dortmindem. Kierowca poszedł się bratać z czeskimi kierowcami (następnego dnia była niedziela, kiedy to mają wolne, więc mógł się bratać, ile chciał), a my poszliśmy szukać miejsca na nocleg. Takowe znaleźliśmy w trawie po kolana, wśród pokrzyw i ślimaków. Po jako takim umyciu się w łazience restauracyjnej, zjedzeniu kolacji, czyli zupki z tytki, poszliśmy spać. Noc do najcieplejszych nie należała (no chyba, że ktoś miał śpiwór do -20C, jak np. Tomasz, to zimno mu nie było), a i niezbyt wygodnie było na twardym podłożu, …

Dzień II
… lecz wstaliśmy pełni sił i zapału z samego rana, aby dojechać do Bonn, pierwszego ważnego punktu wyprawy, gdzie Justyna J., moja przyjaciółka z liceum pracuje jako aupair, czyli opiekunka dla dzieci i nie można by jej nie odwiedzić jadąc przez Niemcy. Dzięki litości dwóch niemieckich kierowców dojechaliśmy do Bonn, byłej stolicy RFN. Po przejechaniu na gapę paru stacji kolejki miejskiej i pomocy kilku miłych Niemców, wysiedliśmy na dworcu głównym. Schowaliśmy bagaż do przechowalni i spotkaliśmy się z Justyną pod McDonaldem. Potem Justyna przedstawiła nam swoje koleżanki, również aupairki- Chang z Wietnamu i Tania z Ukrainy. Przeszliśmy przez miasto, zobaczyliśmy ogród botaniczny i zjedliśmy obiad w azjatyckiej restauracji o nazwie Mrs Sajgon. Zmieniliśmy trochę plany, gdyż początkowo jeszcze tego samego dnia mieliśmy wyruszyć w stronę granicy francuskiej. Jednak po moim i Justynowym naleganiu Tomek przystał na propozycję spania w normalnych warunkach tzn. u rodziny, u której Justyna pracuje. Środkami komunikacji miejskiej, oczywiście na gapę, ruszyliśmy w stronę Venusbergu, czyli dzielnicy, gdzie owa rodzina mieszka. Przedstawiono nam Michaelę, czyli gospodynię, 3-letnią Miriam i 16-miesięczną Johannę, czyli podopieczne Justyny. Gospodarz Geogr. Nie był obecny. Po kolacji i umyciu się w normalnych warunkach (!!!) poszliśmy spać.

Dzień III Następnego dnia z samego rana wyruszyliśmy do centrum Bonn w poszukiwaniu autostrady i dogodnego miejsca do łapania stopa. Pokierowani przez jakiegoś Niemca wylądowaliśmy na drugim końcu miasta po dość długim marszu z całym bagażem. Stamtąd pewien kierowca wziął nas… znów do centrum (stwierdził, że tam jest lepsze miejsce na stopa), gdzie utkwiliśmy na dobre. Do tego rozpadało się niemiłosiernie. W końcu postanowiliśmy wrócić w poprzednie miejsce, gdzie dojechaliśmy jakoś autobusem. Zdecydowaliśmy się jechać w stronę Euskirchen, niewielkiego miasta, niedaleko którego biegła autostrada. Po dojechaniu tam, znów utknęliśmy. Mimo tego, że wyglądaliśmy jak zmokłe kury, nie wzbudzaliśmy widocznie litości w mieszkańcach północno-zachodnich Niemiec. Niemiec końcu dojechaliśmy jakoś na autostradę, a potem przy pomocy kierowcy tira, pod Trier, miasta w zachodniej części Niemiec mniej więcej na wysokości Luksemburga. Powoli zaczynało się ściemniać, ale pomyśleliśmy, że może jeszcze przez 0.5h połapiemy stopa. I opłacało się. Zatrzymał się mieszkający w Strasburgu żołnierz NATO, który zaproponował nam nocleg. Powiedział też, że za 2 dni jedzie do Hiszpanii i czy nie chcielibyśmy z nim jechać. Dziwne, ale chcieliśmy;) Dzięki Andre mieliśmy okazję mieszkać 2 dni w normalnych warunkach, porządnie się wykąpać i, co najważniejsze’ porządnie się wysuszyć, bo nasze (a przynajmniej moje) rzeczy, również te w plecaku przemokły kompletnie.

Dzień IV
Następnego dnia zwiedzaliśmy Strasburg. Ładne to miasto nazywane Małą Wenecją (jest tam jakiś jeden kanał, który płynie wokół starego miasta, po którym pływają ciągle jakieś stateczki z wycieczkami emerytów. Ważnym obiektem jest gotycka katedra wpisana na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Strasburg leży w Alzacji, rejonie Francji, który był raz to francuski, raz to niemiecki (trochę jak Śląsk), stąd niemiecko brzmiąca nazwa miasta, jak również niektórych jego dzielnic. Miasto słynie głównie z tego, że znajdują się w nim siedziby instytucji europejskich, do których my niestety nie dotarliśmy.

Dzień V
O 15.00 ruszyliśmy w kierunku Hiszpanii. Mieliśmy do pokonania ok. 1200km. Nie jechaliśmy autostradami, które są płatne we Francji, ale przy tempie, w którym jeździ Andre, była to niewielka strata. A przy okazji mieliśmy możliwość przyjrzeć się urokliwym francuskim wioseczkom. Każda z nich mogłaby tworzyć scenerie do filmu typu „Czekolada” (kto oglądał, ten wie o czym mówię). Ok. 3 w nocy przekroczyliśmy granicę francusko-hiszpańską. Nasz kierowca jechał na południe, a my na zachód, więc wysadził nas na parkingu przy samej granicy. Nie rozbijaliśmy namiotu, co nie było dobrym pomysłem, bo po paru minutach leżenia w śpiworach pod gołym niebem zaczęło kapać i namiot i tak trzeba było rozbić. Na szczęście Tomkowi wychodzi to wyjątkowo szybko, a w sytuacjach nagłych jeszcze szybciej.

Dzień VI
Z rana uwinęliśmy się szybko i ruszyliśmy na autostradę. Minąwszy po drodze znak „zakaz ruchu pieszych” stanęliśmy sobie na kawałku trawy na środku autostrady. Po paru minutach nadjechał „strażnik autostrady” i uświadomił nas, że tam stopa łapać nie wolno. Jakoś to nam wytłumaczył, bo angielskiego, a już na pewno niemieckiego nikt tam nie zna, ale powiedział, ze 20 minut stać jeszcze możemy. Na całe szczęście w ciągu tych 20 minut zatrzymała się grupa młodych Arabów, z których jeden wyglądał jak Saddam Husajn. Wzięli nas do Bilbao. Tam staliśmy jakieś 2h przy wjeździe na autostradę zanim jacyś Hiszpanie się nad nami ulitowali. Miejsce, w którym staliśmy zostało nam skazane przez policjanta, których się tego dnia pełno po drogach kręciło, jako że było to dzień 1 maja, kiedy Hiszpanie mają dzień wolny i Baskowie mogą sobie wtedy różne manifestacje urządzać (oni siłą rzeczy też mają wolne). Z Bilbao do Oviedo jechaliśmy w żółwim tempie. Hiszpanie niby tacy spontaniczni, a bardzo nieprzychylni autostopowiczom. Chcieliśmy być w Oviedo po południu, ale wieczorem już zastanawialiśmy się, gdzie przy autostradzie jest dobre miejsce na rozbici namiotu. Było późno, nikt nie był łaskaw się zatrzymać, a przed nami jeszcze ze 100km do pokonania. Na pomoc Hiszpanów nie było co liczyć. Na szczęście przejeżdżał tamtędy jeden lekko nawiedzony Niemiec, który na pytanie czy jedzie do Oviedo stwierdził, ze może jechać do Oviedo. I pojechał. Ok. 22 dojechaliśmy na miejsce. Dzięki GPS-owi dotarliśmy jakoś w pobliże mieszkania Michała, kolegi Tomka, który w Oviedo jest na wymianie.

Dzień VII
Następnego dnia wybraliśmy się na obchód miasta. Akurat trafiliśmy na jakąś miejską imprezę. Na rynku i w jego okolicach rozłożyło się mnóstwo stoisk, na których można było znaleźć wszystko. Od ziółek, przypraw i kiełbasy po biżuterię i ludowe stroje. Ponadto za 3 euro można było przejechać się na ośle. Wokół chodziła ludowa orkiestra, grająca muzykę rodem z Asturii (przy czym ja powiedziałabym, że jest to muzyka szkocka). A na środku rynku stały 2 krowy nieco inne niż te polskie. Wszędzie kręciło się mnóstwo ludzi, szczególnie wieczorem, a ich największym zainteresowaniem cieszyły się stoiska z jedzeniem, na przykład z tortillą (trzeba tu zaznaczyć, że w hiszpańskim 2 ‘l’ wymawia się jak ‘j’, a więc ‘tortija’). Oviedo to urokliwe stare miasto. Jest ono dosyć ciasne i trudno uwierzyć, że żyje w nim 200 tysięcy ludzi. Głównym zabytkiem miasta jest katedra wpisana na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Wieczorem chciano nas wyciągnąć na fiestę, czyli, mówiąc krótko, wielkie picie od północy aż do rana. Najpierw wszyscy spotykają się na placu i przynoszą swój alkohol. I piją. Później towarzystwo rozchodzi się do pubów i pije dalej. Szczególnym powodzeniem cieszy się sidra, charakterystyczny dla Asturii napój ze sfermentowanych jabłek o mocy +- 8% sprzedawany w 0,7 litrowych butelkach. Każda szanująca knajpa wytwarza swoją siarę. Koszt butelki to ok. 2 euro. My jednak na fiestę nie wybraliśmy się, gdyż samego rana trzeba było ruszać w kierunku Polski.

Dzień VIII
Jak postanowiliśmy, tak uczyniliśmy. Z samego rana przy pomocy środków komunikacji miejskiej dotarliśmy w okolice autostrady, choć okazało się, że nie pojechaliśmy dokładnie w tym kierunku, w którym chcieliśmy. Skąd Tomek wiedział, którędy odpowiednie miejsce iść trzeba i gdzie się ustawić, tego nie wiem. Ale najważniejsze, że na autostradę zawędrowaliśmy. Po jakiejś godzinie zatrzymał się pierwszy pojazd. Motor. Policyjny. Z tego, co policjant nam w ichniejszym języku wytłumaczyć zdołał zrozumieliśmy, że przyjedzie radiowóz przewiezie nas w dogodniejsze miejsce do łapania stopa. Zanim tak się stało, przyjechało dwóch innych policjantów na motorach (chyba po to, żeby sobie nas oglądnąć), wylegitymowali nas, a potem faktycznie przyjechał radiowóz. Radiowóz przewiózł nas w inne miejsce, według policjantów lepsze, według nas niekoniecznie. Autostrada jest najkrótszą trasą, żeby dostać się do celu. Wszelkie boczne drogi tylko wydłużają czas podróży. Jednak na tejże bocznej drodze, gdzie nas wysadzono, ktoś się wreszcie zatrzymał. Niedługo potem zajechaliśmy do jakiejś wioseczki, gdzie utknęliśmy na dobre na ok. 4 godziny. Gorąco było straszliwie, a żadne bezduszny Hiszpan ulitować się nad nam nie miał zamiaru. W końcu wieczorem zajechaliśmy do Laredo leżącego między Santander a Bilbao. A myśleliśmy, że czeka nas nocleg pod Paryżem…

Dzień IX
Po spędzeniu nocy na jakimiś gruzowisku ruszyliśmy dalej w kierunku granicy. I trzeba przyznać, ze szło nam dużo lepiej niż poprzedniego dnia, choć nie idealnie. Jechaliśmy m.in. z Senegalczykami i Baskami (północno wschodnia część Hiszpanii to właśnie kraj Basków). Jakiś pan wziął nas do Deby, niewielkiej miejscowości nad Oceanem Atlantyckim. Niezupełnie było nam to po drodze, ale pojechaliśmy z nim. I dzięki niemu pobyliśmy z 10 minut na plaży, a że kierowca jechał dziwnym krętymi górskimi drogami, mogliśmy podziwiać widoki hiszpańskich gór. Z Deby całkiem sprawnie zajechaliśmy do granicy, choć z samej granicy nie było tak łatwo się wydostać. Po jakichś 2 godzinach i zjedzeniu obiadu (zasada, że lepiej się łapie stopa, gdy się nie jest głodnym znów zadziałała) zlitowała się nad nami pewna miła Francuzka. Chociaż nie było wcześnie, przejechaliśmy tego dnia we Francji dość spory kawał drogi. Co ciekawe miejsce w aucie nam udostępniły starsze kobiety i nawet rodzina z dzieckiem, co się nigdy wcześniej nie zdarzyło. W końcu nocleg zorganizowaliśmy sobie przy wjeździe na autostradę w miejscowości…. Miejsce bardzo dobre, bo rano nie musieliśmy za daleko wędrować, a i policja nie mogła nas stamtąd przegonić. Chociaż tej nocy przeżyliśmy jedyne chwile grozy (a przynajmniej ja przeżyłam), gdy po polu za płotem biegały sobie dziki i było bardzo wyraźnie słychać jak chrumkały. Dobrze, że dziki nie są na tyle inteligentne, żeby obejść płot.

Dzień X
Kolejny dzień rozpoczął się deszczowo. Gdy jednak pojechaliśmy troszkę na południe (cóż, trochę dziwna trasa, bo wydawało mi się, że mieliśmy jechać na północ) zrobiło się wręcz upalnie. Tego dnia nie było prawie żadnych problemów z łapaniem stopa. Francuscy kierowcy są wyjątkowo przychylni autostopowiczom, a zdarza się, że i policjanci również. Staliśmy sobie w najlepsze za bramkami, a tu nagle podjeżdża radiowóz. Policjant powiedział nam tylko, że mam tam stać, bo to dobre miejsce, a dalej jest niebezpiecznie. Miło ze strony panów policjantów, że się o nas zatroszczyli. Bardzo na zdziwiło, kiedy na stacji benzynowej zatrzymał się hiszpański tir. Hiszpanie raczej omijają autostopowiczów szerokim łukiem, a już na pewno hiszpańscy kierowcy tirów. Wszystko się wyjaśniło w trakcie jazdy, kiedy to okazało się, że kierowca jest Marokańczykiem. Nazywał się Abdul. Jak to Arabowie w zwyczaju mają, był bardzo gościnny (wyznają zasadę, że jeśli ktoś jest w jego aucie to znaczy, że jest jego gościem i trzeba o tego kogoś zadbać). Dokarmiał nas wszystkim, co miał pod ręką i u parł się, że kupi nam coś do jedzenia. Nie opieraliśmy się szczególnie. Tej nocy spaliśmy przy dużym parkingu dla tirów z nadzieją, że z samego rana uda nam się zatrzymać jakiegoś polskiego kierowcę., bo i takich było tam sporo. Niestety musielibyśmy wstać chyba o 5 rano, żeby nam się to udało.

Dzień XI
A wstaliśmy o 7.00, więc niewielu kierowców nam zostało. Poszliśmy więc z nadzieją na autostradę, ale przegoniła nas stamtąd policja. Tak samo zresztą jak z wjazdu na autostradę. Mogliśmy stać jedynie na wyjeździe ze stacji benzynowej, a tam raczej niewiele aut jeździło. A że sytuacja była nieciekawa, poszliśmy coś zjeść. I dzięki temu po chwili niedługiej złapaliśmy transport pod samą granicę francusko – niemiecko – szwajcarską, czyli jakieś 300km. Tam czekaliśmy nieco dłużej na okazję, ale i stamtąd wydostaliśmy się francuskim tirem w stronę Freiburga. Kierowca nie mówił ani słowa w innym języku niż francuski, ale zrozumieliśmy, że jedzie do Friedrichshafen nad J. Bodeńskim, a tam jest dużo polskich tirów i na pewno coś złapiemy, więc zdecydowaliśmy się z nim jechać. Gdzie te polskie tiry tam miały być, trudno powiedzieć. Ale po obiedzie w Burger Kingu udało nam się coś złapać. Bynajmniej nie polskiego tira. Kolejne miejsce, w którym staliśmy było niezwykle urokliwe, z widokiem na Alpy. Niezbyt korzystne jednak pod względem przychylności kierowców. Z autostrady znów przegonili nas policjanci, więc poszliśmy na wjazd. Ale trzeba się było trochę nastać, zanim nas ktoś zechciał wziąć. A wziął nas turecki kierowca tira, który zatarasował cały wjazd, żebyśmy się mogli władować do kabiny. Z nim zajechaliśmy w okolice Monachium (ok. 50km od Monachium) na Autohofie. Znów mieliśmy nadzieję, że uda nam się zabrać z jakimś polskim tirem, ale nadzieje znów okazały się być złudne. Na wielgachnym parkingu stał cały 1 polski tir, który zresztą ruszał dopiero za 2 dni.

Dzień XII
Rano nie wytrzymałam i wybrałam się pod prysznic za całe 2 euro. Potem wywędrowaliśmy na autostradę skąd znów nas przegoniła sprawna niemiecka policja (wyjątkowo umiejąca angielski). Norma. Dialog między policjantem a Tomkiem przebiegał mniej więcej tak:
P: Co wy tu robicie?
T: Łapiemy stopa.
P: Trochę tu niebezpiecznie, prawda? Tu nie można stać.
T: Ale my nie stoimy na drodze tylko na trawie.
Na szczęście policjant się za bardzo nie wściekł, tylko pokazał nam, gdzie możemy stopa łapać. Miejsce wydawało się być fatalne, ale już po paru minutach ktoś się zatrzymał. Turek oczywiście. Kierowca jechał do Monachium do lekarza. Uparł się, żeby nas czymś poczęstować, bo, jak tłumaczył, w jego aucie jesteśmy jego gośćmi i musi nas ugościć odpowiednio. Nie chcieliśmy nic, ale i tak dostaliśmy całą paczkę kawowych cukierków. Wysadził nas zupełnie nie w tej części miasta, która pasowałaby nam.. Ale zaproponował, że możemy na niego poczekać, a po wizycie za wiezie nas w odpowiednie miejsce, czyli w okolice lotniska. Ja przekonana, ze szybciej złapiemy innego kierowcę niż skończy się wizyta, podziękowałam grzecznie. O pożałowałam, kiedy to kolejne parę godzin trwało wydostawanie się z centrum Monachium. Wizyta u lekarza skończyła się zapewne wcześniej. Musieliśmy wykorzystać środki komunikacji miejskiej, aby wydostać się z miasta. Najpierw jechaliśmy autobusem. Kupienie w nim biletu wcale do łatwe nie było, bo okazało się, że automat wydający bilety jest popsuty. I bardzo dobrze, bo nie musieliśmy ich mimo szczerych chęci kupować, a wcale tanie nie są. Potem jechaliśmy kolejką. Tomek jakimś cudem załapał o co chodzi w ichniejszym rozkładzie jazdy, w biletach kolejowych i nawet zrobił na tyle dobre wrażenie, że ktoś mu bilet sprezentował. Na peronie przyczepił się do nas rodak z Podhala, który po pijaku opowiedział nam swoją historię. Ciekawie wyglądał, a wszelki alkohol, który trzymał to i ówdzie uroku mu nie dodawał. Rodak uparł się, że z nami pojedzie, ale na szczęście z tego pomysłu zrezygnował, bo nie miał biletu. Gdy już zajechaliśmy na wjazd na autostradę, nie przypuszczaliśmy, że aż tak długo będziemy czekać na okazję. Ci kierowcy, którzy się zatrzymywali albo nie jechali w naszą stronę, albo kierowcą był jakiś Turek czy inny Arab, który po wypytaniu się o nasz stan, proponuje, że weźmie tylko mnie. W końcu po paru godzinach zdecydowaliśmy się jechać niekoniecznie w dobrą stronę, ale ważne, ze w kierunku granicy czeskiej. Do Landshut. Decyzja okazała się być wyjątkowo trafiona, gdyż stamtąd zajechaliśmy pod samą granicę (kierowca, który nas zabrał cofnął się na autostradzie z wjazdu jakieś 200m, żeby nas wziąć ze sobą, co oczywiście nie jest dozwolone). Tam zorientowaliśmy się, że zgubiliśmy tabliczki, a raczej ja zgubiłam, bo były pod moją opieką. Mieliśmy plan dojechać do Pilzna, a stamtąd pociągiem do Pragi, a z Pragi pociągiem do Polski. Szczęście dopisało. Jakiś pan z Kosowa pracujący w Niemczech wziął nas ze sobą. Najpierw chcieliśmy, żeby zawiózł nas tylko do Pilzna, ale gdy się okazało, że jedzie do Pragi, nie pogardziliśmy. Podwiózł nas pod samo praskie metro (nie brak na nim symboli przyjaźni prasko-moskiewskiej). Potem jakiś miły Czech wytłumaczył nam po czesku, bo po angielsku nie miał ochoty, co, gdzie jak i którędy na dworzec główny. I dojechaliśmy, na gapę oczywiście. Tam zakupiliśmy bilety, wymieniliśmy 5 euro na korony i nakupiliśmy bułek, bo głodni to byliśmy straszliwie. Potem wymieniliśmy jeszcze 1 euro, choć z zasady monet w kantorach nie wymieniają, ale jak zaczęłam prosić i mówić, że to na bułkę, to się w końcu zgodził wymienić po skandalicznie niskim kursie. Po 21 ruszył nasz pociąg, chociaż jazda w nim do najłatwiejszych nie należała. Część wagonów jechała do Warszawy, część do Krakowa, część na Ukrainę. W końcu znaleźliśmy te właściwe. Najpierw jechaliśmy w przedziale sami, a ok. północy wlazło nam tam trzech emerytów-przemytników. Co przemycali łatwo się było zorientować po stuku w torbach. Podróż nasza wspólna zakończyła się dnia 8.05.2008 ok. godziny 4.30. Potem Tomek ruszył do Gliwic, a ja do Tarnowskich Gór. Ale już nie na stopa.

Stworzyła Małgorzata Kokot


back