Gruzja… Mili i gościnni ludzie, dzika, niezdegradowana przyroda, wyśmienite wino, no i góry, góry i jeszcze raz góry. Stwierdziłem, że muszę to zobaczyć.
Czas wielkich przygotowań nie był łatwy: planowanie trasy, poszukiwanie towarzyszy zajęło wiele czasu. Wreszcie nadszedł długo oczekiwany dzień. Zbiórka w Krakowie na lotnisku. Jesteśmy w komplecie: Tomasz Parys, Paweł Biernacki oraz Tomek Wielek. Okazało się, że trzeba wyjąć koła z roweru i nadać je osobno. Udało się. Około 14.00 czasu lokalnego wylądowaliśmy w Tbilisi w Gruzji. Odprawa i oczekiwanie z niecierpliwością na sprzęt. Uff, niczego nie brakowało. Teraz tylko zmontować wszystko i można zaczynać przygodę.
Ludzie i obyczaje
Już na lotnisku wzbudziliśmy niemałe zainteresowanie. Po przejechaniu kilku kilometrów pod sklepem otoczyła nas grupka ludzi. Gdy dowiedzieli się, że jesteśmy z Polski, usłyszałem tylko „Polaki oki”. Nie miałem żadnych wątpliwości, że będę się czuł w tym kraju jak w domu. Bez trudu znaleźliśmy ludzi, którzy pozwolili rozbić namioty przy swoim domu. Później również nie miałem z tym najmniejszych problemów. Na pytanie – „czy mogę rozbić namiot na podwórku?” – często dostawałem odpowiedź: „Przecież nie jesteś uchodźcą lub koczownikiem. Będziesz spać z nami w domu jak członek rodziny”. Gdy rozbijałem namiot gdzieś w okolicy domów, ludzie przychodzili i zapraszali do siebie. Zwykle nie obeszło się bez wina i wielkiej uczty. Nierzadko zdarzało się, że podczas jazdy ludzie zatrzymywali mnie i dawali owoce, rozmawiali, czasami zapraszali na obiad. Często zachęcali do tego, by zostać na noc. Gdybym chciał korzystać ze wszystkich zaproszeń, do dziś nie wróciłbym do domu. Któregoś dnia chciałem kupić chleb – dostałem go za darmo. Dodatkowo sprzedawca chciał mi dać pół sklepu w prezencie…
W trakcie rozmów z ludźmi dowiedziałem się, że mają ogromne problemy, żeby wyjechać z kraju na zachód. Do większości państw potrzebują wiz, które strasznie trudno dostać. Odniosłem wrażenie, że skoro nie mogą wyjechać za granicę, chcą jak najlepiej zaprezentować swój własny kraj i zachęcić ludzi do przyjazdu. Próbują przełamać stereotyp, że jest tam niebezpiecznie. Nie raz i nie dwa słyszałem, by robić dużo zdjęć i opowiedzieć znajomym. Nie spotkałem się z żadnymi nieprzyjemnościami, wręcz przeciwnie, byłem bardzo mile zaskakiwany. Na wieść, że jestem z Polski, spotykałem się z ciepłą reakcją. Praktycznie wszyscy znali naszego prezydenta i mówili: „Kaczyński nam pomaga”. Kilka razy usłyszałem za to: „Ruscy nam żyć nie dają”. Chodziło jednak nie tyle o samych Rosjan co o politykę rosyjską.
Nigdy wcześniej podczas wypraw nie interesowała się mną policja. W Gruzji przeciwnie. Zatrzymywali, pytali, czy wszystko w porządku, czy mogą jakoś pomóc. W okolicy Abchazji zatrzymał mnie radiowóz. Policjant powiedział, że jest tu niebezpiecznie i pojedzie za mną, aby mnie konwojować do końca ich regionu. Kilkanaście kilometrów dalej nadjechało kolejne auto. Podwieźli mnie kawałek w kierunku Zugdidi. Podczas jazdy gdzieś dzwonili. Z tego, co rozumiałem, nie wiedzieli zbytnio, co ze mną zrobić. Dowieźli mnie przed jakiś komisariat. Chciałem wyładowywać graty i ruszać dalej, ale okazało się, że to tylko zmiana wozu. Kolejny miał mnie wieźć jeszcze z 10 km do Jvari. Tam kazali mi czekać. Po chwili nadjechał stary UAZ. Wpakowaliśmy rower do wozu i dalej. Moja przejażdżka skończyła się w Tobari, różnymi środkami transportu zrobiłem ok. 70 km. W okolicach Osetii dokładnie taka sama sytuacja. Znów konwój policji, z tym, że dodatkowo zafundowali mi obiad! Z jednej strony było to trochę uciążliwe, z drugiej nie musiałem się obawiać.
Miejsca, których nie można ominąć
Po wylądowaniu w Tbilisi od razu ruszyłem na zachód. Lotnisko znajdowało się kilkanaście km za miastem, więc stwierdziłem, że na zwiedzanie miasta przeznaczę dzień lub dwa, gdy będę jechał do Armenii. Niestety nie było mi to dane.
Ruszyłem na zachód w kierunku Manglisi a dalej do Ninotsminda. Z Tbilisi do Manglisi miałem przyjemność jazdy po asfalcie, ruch nie był zbyt duży a ja piąłem się coraz wyżej i wyżej a dookoła góry porośnięte trawą, miejscami drzewami. Krajobraz ten częściowo przypominał Polskę. Gdy dojechałem do Manglisi asfalt się skończył, jechałem drogą gruntową, miałem wrażenie, że czas tu się zatrzymał. Po drodze czasami mijałem małe wioski. Poza tym tylko góry, cisza, spokój, coś pięknego. Po drodze przełęcz 2168 m n.p.m., dwa wielkie (Tsalka i Paravani) i jedno małe, malowniczo położone jeziora. Dodatkowo wspaniałe widoki.
Kolejnym celem było skalne miasto Vardzia. Można tam dojechać dwoma drogami. Ja udałem się tam z Khertvisi. Kilkanaście kilometrów trzeba przejechać wzdłuż rzeki Kury. Miejscami droga jest kręta i bardzo wąska, rzeka płynie w dole. Vardzia, mimo że w znacznej części zniszczone przez trzęsienie ziemi, naprawdę robi wrażenie. Z daleka, stojąc po drugiej stronie rzeki, widać w skale masę dziur. Jest to kompleks jaskiń rozmieszczonych na stromym skalnym zboczu. Po wejściu do środka okazuje się, że jest tam masa ukrytych ścieżek, połączeń między poziomami. Można sobie tylko wyobrazić, jak miasto wyglądało podczas swojej świetności, przed zniszczeniem. Musiało być naprawdę ogromne i przepiękne zarazem.
Ruszyłem w dalszą drogę w kierunku Morza Czarnego. Mijałem ruiny baszt i fortecy w Khertvisi. Musiałem wjechać na przełęcz 2025 m n.p.m. Na górze wioska, w której większość domów jest z drewna. Na dole mieszkają zwierzęta a na piętrze ludzie. Bardzo ciekawie to wygląda, ale zimą musi być tam zimno. Nieco poniżej ciemny las, w którym podobno (tak twierdzą tubylcy) żyją wilki i niedźwiedzie. Dojechałem do Batumi i dalej aż pod samą turecką granicę. Okolice Batumi słyną z wielkich, piaszczystych plaż. Jest to prawda. Sam się o tym przekonałem. Prawdziwy kurort dla bardzo wymagających wczasowiczów. Na plaży masa bambusowych barów. Sceneria jak z amerykańskiego filmu. Pogoda tylko nie dopisała, padał deszcz. Jeśli ktoś lubi plażowanie, to polecam to miejsce. Dodatkowo okolice miasta porasta różnorodna i bogata roślinność a przy drodze można kupić kwiaty, rośliny w doniczkach i inne cuda.
Następnie pojechałem na północ i dotarłem do Poti. Jest to wielkie miasto portowe, nic specjalnego. Z Poti udałem się w kierunku Zugdidi a następnie górzystą drogą do Ushguli. Moim zdaniem najpiękniejszy odcinek całej wyprawy. Górzysta, wąska, kręta droga a z niej niesamowite widoki. W okolicach Jvari wielkie jezioro. Praktycznie cały czas w górę rwącej rzeki. Niesamowity hałas płynącej wody, czegoś takiego jeszcze nie doświadczyłem. Gdy dojechałem do Ushguli, miałem wrażenie, że przeniosłem się w czasie do średniowiecza. Widok na lodowiec, najwyższą górę Gruzji – Szcharę (5068 m n.p.m.), a do tego na robiące niesamowite wrażenie, mieszkalno - obronne baszty. Wioska ta uważana jest za najwyżej położoną stale zamieszkałą osadę Europy, znajduje się na wysokości 2200 m n.p.m.. Dodatkowo w Swanetii znajdują się najwyższe i najpiękniejsze szczyty, idealne do wspinaczki, o dużym stopniu trudności.
Stamtąd pojechałem przez Ambrolauri do Kutaisi. Region, w którym produkuje się sporo wina, więc po drodze masa winnic. W Kutaisi odwiedziłem dwa obiekty UNESCO, monastyr Gelati, malowniczo położony na wzgórzu, widoczny z daleka. Jest to cały spory kompleks klasztorny z okazałymi freskami, okazałą dzwonnicą w przyziemiu, w której znajduje się źródło z wodą pitną. Drugim są ruiny katedry Bagrati (można pominąć).
Z Kutaisi udałem się do Gori, miasta, w którym urodził się Stalin. Strasznie ruchliwa asfaltowa droga. Widoki ładne, ale bez rewelacji. W Gori na górce ruiny fortecy a w centrum pomnik Stalina, ulica Stalina oraz muzeum Stalina. Skoro pomnik nadal stoi, a muzeum nie zostało zamknięte, to można przypuszczać, że Gruzini są dumni z tego, że Stalin urodził się właśnie w Gruzji a nie gdzie indziej. Wolałem jednak o to nie pytać, bo nie wiadomo na kogo bym trafił.
Następnym punktem wyprawy była katedra w Mtskheta, czyli w dawnej stolicy Gruzji. Katedra Sweti Cchoweli, czyli drzewo życia, jest wpisana do UNESCO. Jeden z gruzińskich poetów napisał o niej: „Patrząc na nią wierzysz, że Bóg tu jest”.
Później udałem się na północ do Kazbegi, ale nie udało mi się tam dojechać. Z powodu wprowadzenia stanu wojennego musiałem zmienić plany i pojechałem do Tbilisi. Tak, po przejechaniu ok. 1300 km, skończyła się moja wyprawa.
Gruzja jest naprawdę przepięknym i różnorodnym krajem. Każdy znajdzie tam coś co lubi – góry, wino, morze, plaże. Jest to kraj, który koniecznie trzeba odwiedzić.
Straty wojenne
Podczas mojego pobytu w Gruzji sytuacja polityczna w kraju diametralnie się zmieniła. Został wprowadzony stan wojenny. Postanowiłem zmienić plany, skorzystać z okazji i wrócić do kraju rządowym samolotem. Niestety, tak się złożyło, że mój rower nie został zabrany i musiał zostać w Armenii. Za rok w planach mam wyprawę o nazwie „Na ratunek”. Odbiorę co moje (rower), a następnie zwiedzę Armenię i może odwiedzę Iran. Mam nadzieję, że razem z rowerem wrócę do kraju. Teraz nie pozostaje nic innego jak tylko oczekiwać wakacji.
Sprzęt
Aby pojechać na wyprawę, wcale nie trzeba mieć najdroższego roweru świata, wystarczy średniej klasy. Co najważniejsze – dwa koła, dobrze, gdyby miały 28 cali; wygodne siodełko; odpowiednie opony. Zdecydowałem się na Schwalbe Maraton XR, naprawdę nie zniszczalne, ani jednej przebitej dętki podczas całej wyprawy, a drogi w Gruzji są niezwykle kamieniste. Sakwy, najlepiej cztery, aby odpowiednio rozłożyć ciężar. Dobra mapa i kompas, na pewno komplet łatek i dwie dętki. Niezbędny jest zestaw kluczy. Należy też zabrać kuchenkę oraz zapas gazu. Jak wiadomo do samolotu nie można zabierać materiałów łatwopalnych i tu pojawia się problem. Na miejscu można nie dostać odpowiednich butli z gazem. Najlepiej więc zaopatrzyć się w kuchenkę benzynową. Mimo, że jest to nieco większy wydatek, opłaca się. Dobrze też jest zabrać spory garnek. Konieczny jest namiot. Moim zdaniem wyprawa rowerowa bez noclegów w namiocie traci cały urok i swój niezwykły klimat.
Pogoda
Przywitała mnie wspaniała, słoneczna pogoda. Przez pierwsze kilka dni upały dochodziły do 40 stopni przy braku wiatru. Z kolei w górach w Swanetii każdy wieczór kończyła burza. Na trasie z Mestii do Ushguli, po dość mocnym deszczu, zeszła nawet lawina błotna. W okolicy nie było żadnego spychacza, więc droga była nieprzejezdna. Udało mi się przenieść rower przez krzaki i jakoś pojechać dalej. Miejscami kałuże były głębokie na pół metra, a górskie strumyki przerodziły się w rwące potoki. Aby się przez nie przeprawić, musiałem zdejmować buty i przechodzić. W Gruzji trzeba być przygotowanym na każdą pogodę – od upałów, po ulewy. Jak wiadomo, pogoda w górach jest nieobliczalna, a znaczna część kraju, jakby nie było, to góry. Aby sprostać wymaganiom pogodowym koniecznie trzeba zabrać: (na upały) kapelusz, najlepiej z rondem (w kasku jeździłem tylko w górach), okulary przeciwsłoneczne, krem do opalania z dużym filtrem. Na niepogodę niezbędna jest nieprzemakalna kurtka oraz spodnie, dobrze też zabrać pokrowce na buty (chyba, że ktoś lubi wodę w butach), rękawiczki, bo podczas silnego wiatru i deszczu jest naprawdę zimno.
Drogi
Drugiego dnia po przejechaniu kilkunastu kilometrów dojechałem do Manglisi. Przed wjazdem do tej mieściny niespodziewanie skończył się asfalt. Myślałem, że pewnie remontują. Pomyliłem się, dalej była już tylko dziurawa piaszczysto-gliniano-kamienista droga, na mojej mapie zaznaczona jako „main road”. Po tym doświadczeniu z obawą oczekiwałem bocznych dróg. W Swanetii miałem przyjemność jechać maksymalnie stromą i kamienistą, a do tego wąską drogą w dół. Podczas zjazdu spotkałem tylko pieszych oraz jednego starego UAZ-a. Patrzyli na mnie jak na nienormalnego.
Jazda po alkoholu nie jest w Gruzji, niestety, rzeczą rzadką… Już drugiego dnia mijał mnie mężczyzna w starym UAZ-ie. Był tak pijany, że po wyjściu z auta ledwie trzymał się na nogach. Koniecznie chciał mnie zabrać do Tbilisi. Potem miał problemy, żeby wrócić do swojej maszyny. W następnych dniach jeszcze wiele razy miałem do czynienia z kierowcami po alkoholu.
Jedzenie
Podróżując po kraju miałem okazje spróbować różnych specjałów kuchni. Praktycznie w każdym regionie można znaleźć gruzińskie chaczapuri, w dosłownym tłumaczeniu chaczo znaczy ser a puri to chleb. Znacznie różni się od polskiego chleba. Jest to cienki placek wypiekany w piecu. Chaczapuri to placek z serem w środku. Z tym, że ile gospodyń przyrządzających ten specjał, tyle różnych rodzajów. Ser może być z ziołami lub bez, mniej lub bardziej słony, a ciasto naprawdę przeróżne. Spotkałem nawet z ciastem francuskim. Te tradycyjne, z typowym gruzińskim plackiem, są naprawdę przepyszne.
W Gruzji wszędzie można zobaczyć krowy (widziałem nawet na obrzeżach Tbilisi). Skoro są krowy, są i sery. Zwykle biały ser (przynajmniej takim mnie bardzo często częstowano), mniej lub bardziej słony, ale przeważnie „bardziej”. Jedząc go miałem wrażenie, że jem sól łyżką. Zdecydowanie nie przypadł mi do gustu.
Jak wiadomo Gruzja słynie z gruzińskiej herbaty, ale o dziwo nie miałem okazji ani razu jej spróbować. Zawsze częstowano mnie kawą i raczej nie widziałem, aby ludzie pili herbatę, zwykle popijali kawę.
Kolejnym specjałem, zwykle serwowanym przy drogach, były szaszłyki z grilla (podobne jak w Polsce). Podróżując po kraju, bez problemu można kupić gruzińskie specjały w przydrożnych barach. Jeśli ma się szczęście za ok. 15 zł można najeść się do syta. A jeśli ma się jeszcze większe szczęście, można się najeść za darmo, bo ludzi są naprawdę gościnni. Przyjmują gości całym sercem. Oczywiście, chyba żaden posiłek nie może obejść się bez alkoholu: czy to wina, czy Czaczy (bimber). Proponowano mi nawet do śniadania. Wino w Gruzji jest naprawdę wyśmienite.
Ostatniego wieczoru zostałem ugoszczony przez polsko-gruzińską rodzinę. Była uroczysta kolacja, wino i słynne toasty. Początkowo piliśmy wino ze szklanek, ale później z małego rogu. Usłyszałem, że będąc w Gruzji nie można nie spróbować wina z rogu. Należy wszystko wypić, a róg postawić na stole tak, aby nie zostawił śladu na obrusie. Początkowo próba z małego a następnie z tak dużego, że trzeba pić na stojąco. Naprawdę ciekawe przeżycie.
Gruzja słynie też z doskonałej wody mineralnej borjomi lub Nabeghlavi, która osobiście nie przypadła mi do gustu. Jest bardzo mineralna i prawie tak słona jak sery. Cena butelki wody to ok. 1,5 – 2 zł, a chleba ok. 1,5 zł, który moim zdaniem jest dużo lepszy niż nasz polski.
Język
Mimo, że w Gruzji językiem urzędowym jest gruziński, bez problemu można się tam porozumiewać po rosyjsku. Rozmowa po angielsku jest praktycznie niemożliwa.
|