31.07.2008 - Czwartek


W nocy była porządna ulewa a nad ranem burza. Na szczęście mój namiot rozbiłem na górce, bo zaraz obok był dołek i była tam wielka kałuża. Szybko pozwijałem wszystkie graty, bo ciągle padało i to dość intensywnie. Miałem chwilę szczęścia, bo około 9 na chwilę przestało. Przed startem poszedłem na zakręt sprawdzić czy dostałem jakieś wiadomości od reszty uczestników, ale nic nie było więc na rower i do przodu. Praktycznie od razu gdy tylko wystartowałem dość intensywnie się rozpadało. Po prawej rwąca rzeka a po lewej wielka góra. Nad rzeką unosiła się klimatycznie wyglądająca mgła. Im bardziej w górę tym lepsza pogoda. Droga zdecydowanie marnej jakości, ale mimo wszystko jechało się nie najgorzej, bo nie było tragicznie stromo. Na śniadanie z racji tego, że nie miałem zbyt dużo wody, zjadłem banana i czekoladę dopiero później znalazłem jakiś strumień i zrobiłem sobie kaszkę. Po drodze mijałem kilka wiosek i przy drodze były budki w których dało się kupić różna cuda od piwa po karty doładowujące do telefonu, ale chleba nie było. Dopiero za, którymś razem udało mi się kupić kawałek za 1Lari. Gdy tak sobie jechałem mijały mnie różne auta i marszutki mknące do góra a ja powoli wspinałem się w górę. W pewnym momencie patrzę wszystkie auta stoją a ludzie wylegli na zewnątrz. Podjechałem bliżej patrzę a tam nie ma drogi. Trzeba było poczekać aż facet przyjedzie spychem i zrobi przejazd. Widocznie podczas nocnej ulewy wielka góra się osunęła i zablokowała przejazd, ale na szczęście spych był w pobliżu więc poczekałem z 20 minut i mogłem ruszyć dalej. Ruszyłem i za chwilę dogonił mnie Nicola turysta z Włoch jechał sobie do Mestii chwilę z nim pogadałem i o dziwo dość dobrze umiał po Polsku. Im wyżej tym lepsza pogoda zrobiło się już znacznie cieplej wyszło słońce i przestało padać. Rzeka została w dole, ale nadal było słychać jej moc i jej hałas. Około 15 przejeżdżałem koło pola. Tam z daleka zaczęli mnie wołać jacyś ludzie. Stwierdziłem, że pójdę sprawdzić czego chcą, bo wołali i wołali. Musiałem znaleźć dziurę w płocie, żeby się do nich dostać. Miałem szczęście, bo akurat jedli jakieś cuda i mi się dostało, chcieli mnie również odpowiednio napoić, ale stwierdziłem, że nie ma co, bo później to już na pewno mi się nie będzie chciało jechać pod górę. Chwilę z nimi posiedziałem, pogadałem, zjadłem i stwierdziłem, że nie ma co tylko trzeba ruszać dalej w górę. Jechałem i jechałem raz w górę a raz trochę w dół. Zaczęły się wioski z wieżami i zastanawiałem się czy to już Mestia czy jeszcze nie. W Gruzji mało gdzie są nazwy miejscowości, ale jechałem i jechałem do przodu. Akurat Mestia była dość spora i miała tablice z nazwą. Wjechałem do samego centrum i zastanawiałem się gdzie by się dało rozbić ewentualnie gdzie by tu zamieszkać gdy tak sobie jadę patrzę a tam Nicola sobie idzie z sklepu. Pogadałem chwilę z nim i ostatecznie zamieszkałem tam gdzie on z tym, że on mieszkał na kwaterze a ja po prostu rozbiłem namiot na podwórku. Stwierdziłem, że można dać zarobić tamtejszym ludziom a przy okazji się umyje i pogadam sobie z Nicolą i miło spędzę wieczór. Za możliwość rozbicia namiotu, bo wcale mi nie zależało żeby spać w domu, zapłaciłem 10 Lari. Umyłem się jak człowiek pod prysznicem i dodatkowo była ciepła woda, a nie jak wcześniej w rzece. Nicola wykłada w Austrii na uniwersytecie z tego co wywnioskowałem jakiś bałkański kierunek. Wybierał się w góry i chciał wejść na Ushbę. Po za tym bardzo dobrze umiał po Gruzińsku. Spałem zaraz obok wielkiej zabytkowej wieży.

Dystans: 57km
Czas jazdy: 5.18h
Prędkość średnia: 11.0km/h
Max speed: 36km/h


<--- back --->