30.07.2008 - Środa
W nocy była niesamowita ulewa aż się obudziłem no i do tego ataki komarów, ale nie mogłem narzekać, bo spałem w łóżku miękko i przyjemnie. Rano gdy wyszedłem na zewnątrz patrzę a tam na podwórku jedna wielka kałuża i to całkiem głęboka. Dostałem kawę i ok. 9:10 ruszyłem w kierunku Poti. Rano jeszcze trochę kropiło, ale gdy ruszałem już było całkiem ok. Nie wiedziałem czy Tomek i Paweł są przede mną czy za mną, ale miałem nadzieje, że ruszę i spotkamy się po drodze, gdzieś przed Poti, ale tak się nie stało. Na wjeździe do Poti zrobiłem sobie postój, przy sklepie kupiłem wodę i jogurt za 2,8 Lari. Stwierdziłem, że poczekam na nich, załączyłem telefon i czekałem. Po pewnym czasie dostałem sms-a, że oni jeszcze nie ruszyli, bo pogoda marna, że przemokli i się suszą więc skoro tak to ruszyłem dalej, bo przecież nie będę siedział cały dzień pod jakimś spożywczakiem i czekał niewiadomo na co. Nie spodziewałem się, że przejazd przez miasto pójdzie mi tak sprawnie. Naprawdę bez żadnych problemów. Tyle tylko, że znów się trochę rozpadało i cały czas kropi i jest taka typowo deszczowa pogoda. W Poti totalnie nic ciekawego nie było typowe portowe miasto, masa różnych tirów i kontenerów. Za miastem zrobiłem sobie kolejny postój tym razem na przystanku, bo przy nim było źródełko. Stwierdziłem, że warto to wykorzystać i zrobić sobie kaszkę. Ich ciągle nie ma ani nie ma od nich żadnego znaku. Ruszyłem w kierunku Zugdidi. Gdy tak sobie jechałem niczego sobie nagle zatrzymała mnie Policja seatem mirabelka (takie małe coś ala Tico), stwierdziła, że tu niebezpiecznie i mam jechać koniecznie za nimi nie mogę się zatrzymywać i oni mnie pokonwojują. W zasadzie nie miałem chyba za bardzo wyboru tak czy inaczej jechałem z tym, że oni za mną. Trochę to trwało, ale za jakiś czas skończył się ich region i miałem spokój. Mogłem już sobie jechać jak chciałem i gdzie chciałem. Pomału pod górkę, remontowali drogę więc był obiad przez jakaś wieś na górce był mini park i ławeczka. Z racji tego, że było już dość późno stwierdziłem, że nie ma co za dużo jechać tylko lepiej się zatrzymać i coś zjeść. Opanowałem ogórki, które dostałem dzień wcześniej i inne cuda. Dostałem sms-a, że oni są dopiero w Poti czyli sporo za mną. Gdy tak sobie siedziałem nagle nadjechała kolejna policja cywilnym wozem z tym, że teraz nieco większym. Chwilę ze mną pogadali i stwierdzili, że podwiozą mnie kawałek. Wpakowałem rower do bagażnika sakwy do środka i ruszyliśmy. Pewnie gdyby mnie nie zabrali znów bym musiał za nimi jechać a jakoś nie specjalnie mi przypadło do gustu takie jeżdżenie, bo później ani się zatrzymać ani nic. Ruszyliśmy w kierunku Zugdidi podczas jazdy gdzieś dzwonili z tego co rozumiałem to nie wiedzieli zbytnio co ze mną zrobić, ale dostali polecenie, że mają mnie gdzieś przetransportować. W Zugdidi zajechaliśmy na CPN zatankowali i dalej w drogę w kierunku Mestii. Wieźli mnie i wieźli i gdzieś tam dowieźli na jakiś komisariat. Myślałem, że to już koniec i chciałem wyładowywać graty i ruszać dalej, ale okazało się, że to tylko zmiana wozu. Kolejny miał mnie zwieść jeszcze z 10km do Jvari. Dojechaliśmy na miejsce całkiem szybko, znów chciałem wyłazić, ale nic z tego miałem czekać. Po chwili nadjechał stary UAZ. Wpakowaliśmy rower do wozu i dalej. Widoczność tego dnia była nienajlepsza i cały czas padało. Więc nic straconego. Praktycznie cały czas pod górę. Początkowo był asfalt a później takie płyty, ale nawet dobrej jakości. Spory podjazd czasami myślałem, że staniemy i nie ruszymy. Przy granicy z Abchazją szlaban, ale przejechaliśmy bez zatrzymywania. Za nim już znacznie gorsza droga. Podczas jazdy w gorę na jednym z zakrętów siedział pies. Niby nic niezwykłego, ale podobno jest tam już dwa lata, bo jego właściciel się tam zabił a on sobie tam siedzi. Nie wiedziałem jak długo jeszcze mnie będą wieźli i gdzie mnie dowiozą. Za jakiś czas po lewej w dole było widać jezioro miało pięknie niebieską wodę i naprawdę robiło wrażenie. Mimo, że pogoda nienajlepsza to im wyżej tym lepsze widoki i naprawdę robiły wrażenie. Coś wspaniałego. Po pewnym czasie przed nami jechał wielki tir aż się zdziwiłem, bo droga wąska nawierzchnia średniej jakości i naprawdę w górę, ale dawał radę tym tirem. Po chwili okazało się, że go gonimy tylko dogonić go nie możemy, ale jakoś się udało. W dalszą drogę tirem, rower na przyczepę, a ja do kabiny było trochę ciasno, bo w środku były już dwie osoby. Widoki rewelacyjne. Czasami się zastanawiałem kiedy się zatrzymamy tym tirem albo kiedy wlecimy do rzeki. Miejscami było wąsko ja byłem w szoku, że w ogóle jedziemy. Raz najechał na kamień to wszystko aż podskoczyło. Chciałem nawet wyjść, żeby porobić trochę zdjęć później stwierdziłem, że przyjadę sobie porobić zdjęcia a później pojadę dalej, ale jechaliśmy i jechaliśmy strasznie długo. Moja przejażdżka skończyła się w Tobari. Rower z przyczepy wszystko zamontowałem i ruszyłem, ale w stronę Mestii już się nie wracałem, bo jednak dość dużo musiałbym się wracać a podjazd później byłby znaczny. Więc ruszyłem w dalszą drogę. Było już dość późno więc powoli rozglądałem się za dogodnym miejscem na rozbicie namiotu, bo podczas jazdy tirem ciężko było z takimi miejscami. Po jednej stronie rzeka lub przepaść a po drugiej góra. Prawie od razu za wioską udało mi się znaleźć kawałek trawy nieco dalej od drogi. Akurat zmieścił się tam mój namiot. Pierwszy raz podczas pobytu w Gruzji przy namiocie nie było zasięgu, ale wystarczyło pójść kawałek na zakręt i był pełen. Dostałem informacje, że Paweł (Na rower narzekał jeszcze na lotnisku w Krakowie więc dziwie się, że nie naprawiał tego w domu i do dziś zastanawiam się dlaczego wybrał się na taki wyjazd na nie sprawnym rowerze) rozwalił rower i są 5km za Poti. Więc napisałem z zapytaniem czy mam na nich czekać czy spotkamy się w Kutaisi czy co i jak, bo nie wiedziałem czy będą jechać tu czy nie. Wieczorem nie dostałem od nich już żadnej informacji ani odpowiedzi. Poszedłem spać. W dolę płynęła rzeka, ale masakrycznie szybko i głośno. Aż totalnie nic nie było słychać po za rzeką. Kończyła mi się woda i chleb.