29.07.2008 - Wtorek
Jakoś tej nocy spało się nie najlepiej. Rano Tomek zorientował się, że mrówki opanowały jego sakwy a najbardziej zasmakowaly im polskie landrynki. Wstaliśmy ok. 9 a udało się ruszyć dopiero ok. 10. Ruszyliśmy w stronę Batumi po ok. 4km zatrzymaliśmy się na kaszkę, bo mimo że spaliśmy nad rzeką to jako tako nie było dostępu do wody. Paweł napisał sms-a, że czeka w Gonio w twierdzy koło Batumi. Wjazd do Batumi był strasznie długi, praktycznie miasto za miastem coś jak na Śląsku tylko mniejszych rozmiarów, ale zajęło sporo czasu. Wreszcie udało nam się dotrzeć. Teraz tylko w kierunku Gonio to jakieś 10km w kierunku Tureckiej granicy, a później powrót tą samą drogą. Pogoda zaczęła się znacznie psuć powoli zaczynało kropić i były chmury zdecydowanie nie była to pogoda idealna do pobytu nad morzem. Po drodze zrobiliśmy zakupy na stacji benzynowej i za 1Lari kupiliśmy około 0,5l paliwa do kuchenki. Jechaliśmy i jechaliśmy i zastanawiali się gdzie to Gonio, bo miały to być ruiny zamku. W pewnym monecie po lewej były jakieś mury, ale jakoś marnie to wyglądało więc stwierdziliśmy, że to nie to bo Pawła nie widać i marnie to wygląda i pojechaliśmy dalej. A im bliżej Turcji tym bardziej zaczynał padać deszcz, ale co zrobić. Później dopiero postanowiliśmy się kogoś zapytać gdzie jest Gonio i okazało się, że przejechaliśmy to i że było to tamto coś. Jakoś nie mogliśmy w to uwierzyć nie wiem czemu wydawało mi się, że ma być to ciekawe. Ostatecznie nawet nie poszliśmy do środka, bo wstęp kosztował nie mało a w środku totalnie nic nie ma jedynie jakiś mini ogród. Stwierdziliśmy, że nie warto. Gdy tak jechaliśmy w kierunku Batumi i w kierunku Gonio to nagle z przeciwka nadjechała czerwona łada i zaczęła trąbić i nam machać. Stwierdziłem, że trzeba się zatrzymać więc jak pomyślałem tak zrobiłem. Podjazd nadjechał i okazało się, że ludzi ci mówią po Polsku. Bardzo miła Polsko – Gruzińska rodzina (którą serdecznie pozdrawiam), widzieli Pawła. Zaprosili nas na obiad po opowiadali o Gruzji i podali adres w Tbilisi i koniecznie zapraszali do siebie. Kobieta ta pobrała się z obecnym mężem po 26 latach rozłąki ogólnie bardzo ciekawa historia ich małżeństwa i naprawdę super ludzie. W knajpce podładowaliśmy sobie baterie, zjedli typowy turecki obiad napili się herbaty spędzili miło czas pooglądali mapę dowiedzieli się, gdzie warto pojechać. Ruszyliśmy razem w kierunku Batumi. Dojazd do miasta nie był problemem, ale jazda po mieście na rowerze wśród tych wszystkich aut, marszutek i innych cudów to niesamowite przeżycie. Oczywiście norma w samym centrum żeśmy się rozłączyli, bo ja zostałem w tyle. Myślałem, że za miastem ich dogonię, ale oczywiście tak się nie stało. Pogoda była już znacznie lepsza. Przynajmniej nie padało. Po drodze kilka km za miastem przy drodze sprzedawali różne więc kupiłem sobie kubek z bambusa za 3 Lari (który podczas całej wyprawy zapleśniał, ale go uratowałem). Cały czas jechałem w kierunku Poti i zastanawiałem się czy oni są za mną czy przede mną i do tego nie wiem, kto właściwie jechał przodem. Za Batumi masa różnego rodzaju drzew i innych roślin sporo z nich można było kupić przy drodze. Po pewnym czasie postanowiłem zrobić sobie mały odpoczynek pod sklepem, jak da dobrych starych czasów za bajtla chodziło się do sklepu na loda to i ja sobie postanowiłem kupić loda za 0,6Lari do tego banany i ciastka za 4Lari. Przejechałem kilka km i zrobiłem sobie porządny postój na porządne jedzenie, bo od tej całej jazdy to aż zgłodniałem. Droga, którą jechałem była strasznie ruchliwa więc ciężko było zatrzymać jakieś auto, żeby zapytać się czy ktoś ich widział czy nie, ale gdy tak sobie jadłem, zatrzymały się chyba z dwa czy trzy auta i nikt ich nie widział więc stwierdziłem, że na pewno są przede mną, ale pytałem też tych co jechali z przeciwka to też nikt ich nie widział. Normalnie wyparowali. Nawet przydrożni sprzedawcy ogórków ich nie widzieli, ale za to dali mi kilka, aż sakwy się nie domykały. Po drodze kupiłem sobie chleb za 0,8Lari. Robiło się już późno więc stwierdziłem, że skoro ich nie ma to musze szukać noclegu, bo do Poti było już naprawdę blisko więc albo przed miastem, albo za. Gdy tak się rozglądałem za w miarę dogodnym miejscem szedł jakiś facet i pytam go czy ich widział. Stwierdził, że widział tylko mnie i zaprosił mnie do siebie, bo mieszka przy ulicy i będę widział jeśli będą jechać a w razie czego mogę u niego rozbić namiot. Strasznie się zdziwiłem, że jestem tak blisko Poti myślałem, że to zdecydowanie dalej, ale się zdziwiłem. W sumie po płaskim i za bardzo nie wiało. Facet miał antenę do TV na kiju a na podwórku masa dzieci, woda z studni, a on był mechanikiem. Ostatecznie stwierdził, że skoro ich nie ma a ja jestem sam to mogę mieszkać u niego w domu. Rower zamieszkał ze mną, bo stwierdził, że mam brać go do domu bo nie może tak samotnie na placu stać. Spałem jakieś 12km przed Poti, oni przysłali sms-a, że też są 12km przed Poti więc byli gdzieś naprawdę blisko, ale do teraz nie wiem gdzie. W pomieszczeniu w którym spałem była masa komarów, ale i tak było fajnie bo dawno nie spałem w łóżku.