28.07.2008 - Poniedziałek


W nocy była straszna ulewa, ale strasznych wilków nie było, przynajmniej nic mi o tym nie wiadomo, ale rano ostrożnie wychyliłem się z namiotu żeby sprawdzić czy nie ma jakichś strasznych krów przed którymi to Paweł uciekł do lasu. Oczywiście nie zauważyłem żadnej chyba, że były to jakieś niewidzialne krowy czatujące na menażki. Od rana było chłodno i była mżawka więc przyodziałem swoje długie szeleszczące spodnie i ok. 920 byliśmy gotowi do drogi. Tego dnia, a właściwie tego poranka startowałem z Tomkiem. Od razu zjazd w dół. Ruszyliśmy w poszukiwaniu Pawła. Nigdzie go nie było. Jako, że nie mieliśmy wody postanowiliśmy robić kaszkę przy pierwszym wodopoju. Zjechaliśmy trochę w dół i znalazła się woda. Więc przerwa na kaszkę o poranku. Widoki świetne, klimatyczne chmury a tam zielone łąki góry i droga oczywiście idealnej jakości. Ugotowałem wodę i w oddali widzę jakiś motor pnie się pod górę. Od razu sobie pomyślałem to muszą być turyści, bo przecież żaden normalny Gruzin nie jeździ na motorku po takich drogach (przez cały 3 tygodniowy pobyt w Gruzji widziałem jeden motor w Kutaisi). Gdy podjechali bliżej okazało się, że nie jest to motor tylko włoski skuter a ludzi ci są z Rzymu. Podróżują na swoim skuterze co roku. Narzekali strasznie na drogi i na to, że nie znają języka a co za tym idzie mieli problemy, żeby się dogadać (ostatnio na stacji benzynowej i najprawdopodobniej źle zatankowali, bo jak stwierdzili ich cuda wydaje teraz dziwne odgłosy). Pytaliśmy się ich czy widzieli Pawła to stwierdzili, że nikt na rowerze nie jechał. Śmialiśmy się, że może w nocy pogoniła go krowa i już jest w Batumi. Przez tych przybyszów ostygła mi kaszka, ale i tak była dobra. Po chwili ruszyliśmy dalej w dół. Powoli żeśmy się toczyli przy okazji robiąc zdjęcia co jakiś czas. Powoli zaczynało się przejaśniać, i robić się coraz cieplej, ale na drodze straszne błoto i do tego dziury. Po drodze malowniczo położone wioski w górach. Mieliśmy ok. 20km zjazdu całkiem w dół a później w dół ale czasami pod górę. W międzyczasie zrobiło się tak ciepło, że trzeba było ubrać krótkie spodenki, bo nie dało się strzymać. Coś niesamowitego od Khulo pojawił się asfalt i to nawet dobrej jakości teraz to już się sunęło w dół i po asfalcie już całkiem wiatr w włosach. Pawła jak nie było tak nie ma, ale napisał nam smsa, że jest przed nami. W Khulo kupiłem sobie chleb za 0,8 Lari i kartę doładowującą do telefonu z tym, że pytałem się kilku osób jaką mam kupić, żeby była dobra a i tak sprzedali mi nie taką jak mieli więc straciłem 5Lari. Dopiero później się zorientowałem i kupiłem właściwą za 5Lari. Już sam to opanowałem i nikogo się nie pytałem. Przy wodopoju za Khulo postój na jedzenie. O dziwo jakiś facet widział tu Pawła jak jechał, ale jak stwierdził to było rano. Mimo tego, że w nocy padało i z rana trochę też było strasznie duszno. Cały czas jechaliśmy w stronę Batumi mając nadzieje, że uda się do wieczora dojechać, ale było jeszcze dość daleko. Mieliśmy okazje jechać też tego dnia pod górę było, strasznie gorąco i duszno a na górze sprzedawali gruszki i było źródełko z wodą więc nie dało się nie zatrzymać, kupiłem gruszkę za 0,30Lari pychotka, Tomek dodatkowo kupił 0,5kg miodu. Chwilę żeśmy posiedzieli i dowiedzieli się, że nauczycielka niemieckiego w Gruzji zarabia 250 Lari. A mi udało się podładować telefon. Cały czas jedziemy w dół rzeki Chorokh wg mojej mapy po drodze miały być jakieś historyczne mosty, jeden udało mi się zlokalizować, bo wyglądał zdecydowanie staro i wieczorem drugi, który też wyglądał ciekawie, ale pozostałych nie znalazłem no chyba, że były tak stare, że się zawaliły lub były to te zardzewiałe, ale takich w Gruzji dużo. Oczywiście to już normalne, że wszędzie na drogach masa krów i innych zwierząt i wszyscy trąbią na nas, na te zwierzęta i na siebie. Tego dnia śpimy nad rzeką przy drzewie tylko we dwoje jakieś 10 km przed Kibe. Pawła przez cały dzień nie udało się zlokalizować. Po kolacji udaliśmy się na wyprawę w poszukiwaniu rzeki. Oczywiście wieczorem zaczęło kropić więc po raz pierwszy przykrywamy nasze rowery folią. Moje batoniki chyba po raz pierwszy na tej wyprawie mają normalną postać i dogodne warunki do życia.

Dystans: 89km
Czas jazdy: 5.46h
Prędkość średnia: 16.3km/h
Max speed: 46.6km/h


<--- back --->