27.07.2008 - Niedziela
Od rana ostre słońce, około 9:20 byłem gotowy do jazdy. Początkowo powoli w górę, ale całkiem miły chłód od rzeki. Do samego Adigeni był asfalt i to całkiem dobrej jakości. Teraz pewnie będzie już dużo dalej, bo mimo niedzieli ostro walczyli i kładli nowy. Przy jednym z domów siedziało kilku facetów więc stwierdziłem, że zapytam o wodę. Najpierw jeden poszedł po chwili przyniósł, ale drugi strasznie go skrytykował stwierdził, że ciepłą mi przyniósł. Wylał całą i poszedł w drugą stronę, aby przynieść mi zimnej. Po chwili się zjawił i stwierdził, że na pewno jestem głodny i że zaprasza mnie do siebie na obiad. W zasadzie i tak miałem zrobić sobie przerwę na kaszkę więc stwierdziłem, że tak nawet będzie lepiej. Po drodze do jego domu odwiedziliśmy jeszcze sklep, który znajdował się w garażu. Kupił kilka rzeczy i dla mnie doładowanie do telefonu (chciałem kupić sam i do tego numer, ale stwierdził, że da mi swój). Na miejscu cała rodzina i kilka dodatkowych osób. Jego żona przygotowała obiad. W między czasie piwo i pogawędka. Zdecydowanie chciał, żebym został na noc, bo w górach są niedźwiedzie i wilki a ja jestem jego gościem i on za mnie odpowiada. Początkowo był arbuz, później kartofle z takim jakimś kolorowym sosem chleb, kawa ciastka. No i wino, ale ja nie piłem, bo jakoś po winie to się jeździć nie chce a dopiero przejechałem kilka km więc jeszcze trochę mi zostało do przejechania. Mówił, że próbował nielegalnie wyemigrować (dwa razy)z Gruzji, ale mu się nie udało i zabrali mu paszport. Mimo tego, że było widać, że gospodarze żyją raczej biednie byli niezwykle gościnni i przyjęli mnie niezwykle ciepło. Ugościli czym mieli i dodatkowo stwierdzili, że polska i Gruzja nigdy z sobą nie walczyła i że Polacy super. Dał mi swoją kartę sim do telefonu z numerem oraz doładowanie i wszystko wyjaśnił. Jakoś im wytłumaczyłem, że musze jechać i szkoda dnia. Po jakichś dwóch godzinach ruszyłem, ale nie wiedziałem czy reszta jest z tyłu czy z przodu, ale pomału jechałem do przodu z tym, że już po dziurach i kamieniach. Po kilku kilometrach zrobiłem sobie postój przy źródełku, bo było zdecydowanie ciepło droga była zdecydowanie marna a do tego trzeba było jechać w górę. Chwilę posiedziałem pod drzewem patrzę a tam oni jadą i jak zwykle Paweł miał dużo do powiedzenia a nawet więcej niż dużo, ale to było normalne. Zrobiliśmy sobie kaszkę, bo to ja miałem kuchenkę więc skoro tak to stwierdziłem, że też sobie zjem, bo nie będę bezczynnie czekać. Zastanawiałem się czy dalej pojadę sam czy nie. Ruszyliśmy razem, ale ja zostałem z tyłu. Cały czas jedziemy nad rzeką po super drodze, wszędzie chodzą krowy i inne zwierzęta. W pobliskim sklepie udałem się do sklepu dostałem za darmo chleb i cole. A kobieta przed sklepem mówiła, że w pobliskiej wiosce jest polski ksiądz i kościół, ale nie pojechałem tam, bo musiałbym się wracać. Oni zrobili sobie postój nad rzeką a ja pojechałem dalej, bo to nie ma co stawać co kawałek. A jechało się nawet w miarę przyzwoicie tylko trochę zaduch był. Cały most przejęły krowy i ciężko było przejechać między nimi. Chwilę dalej patrzę a tam dwóch rowerzystów i do tego sakwiarzy aż dziwne. Okazało się, że są z Szwecji i jadą do Chin. Jeden ruszył z Istambułu miesiąc wcześniej a drugi z Portugalii w marcu i w grudniu chcą dotrzeć do Chin. (na dole adresy ich www). Teraz już mkniemy cały czas w górę. Paweł pojechał przodem a ja z Tomkiem w miarę razem z tyłu. Po pewnym czasie zaczął padać deszcz. Schowaliśmy się pod drzewem, żeby przeczekać. Przestało całkiem szybko więc ruszyliśmy dalej. Jechało się bardzo pomału, bo dziury niczym kratery na księżycu (a może nawet większe, na księżycu nigdy nie byłem więc nie wiem jakie są, ale te tam były gigantyczne). Gdy żeśmy jechali koło nas na klaksonie przejechało auto pełne ludzi. Po pewnym czasie wydawało się, że jesteśmy już na przełęczy, ale tak nie było. Tam jedynie źródełko, ławeczki Paweł, Gruzini wódka i można się domyślić. Paweł się integrował w pełni. Nas też zaprosili z tym, że ja nie piłem wcinałem tylko kiełbasę chleb i ser. Chwilę żeśmy się posiedzieli zjedli wszystko, a oni wypili wszystko co mieli i ruszyli dalej. To byli ci samo ludzi co nas wcześniej mijali. Wszyscy ledwo się trzymali na nogach, ale w niczym to nie przeszkadzało wpakowali się do auta i klakson i do przodu. Miało być w dół, ale jednak w górę w miarę szybko udało się wjechać, im wyżej tym chłodniej w końcu to zupełnie normalne. Na górze klimatyczne chmury i bardzo ciekawa wioska. Udało się wjechać całkiem szybko. Drewniane domy z desek na górze mieszkali ludzie a na dole zwierzęta bardzo ciekawie to wyglądały. Na górze przynajmniej tak się wydawało (nie był to do końca szczyt). Znów Paweł się integrował tym razem w sklepie. Ja stwierdziłem, że nie ma szans ja jadę dalej Tomek tak samo więc weszliśmy mu powiedzieć i po chwili ruszyli dalej. Jeszcze kilka km w górę. Tam znów nas zaczepiali ludzie, żeby się u nich zatrzymać, ale ileż można po drodze na górę zatrzymaliśmy się w jeszcze jednym sklepie na sok i po chwili ruszyli dalej. Przełęcz 2025 m.n.p.m zdobyta. Powoli robiło się już późno i ciemno a do tego na górze była mgła jak z horroru. Ustaliliśmy, że rozbijamy się w najbliższym płaskim miejscu, bo później może nie być gdzie. Podczas całodziennego podjazdu praktycznie w ogóle nie było płaskich miejsc na rozbicie namiotu jedynie urwisko po jednej góra po drugiej. Po chwili zjazdu skończyły się już domy i pod lasem była idealna płaska łąka. Mnie i Tomkowi się podobała, ale Paweł stwierdził tu rano przyjdą krowy i znów mi coś wezmą. Myśmy zjechali na dół a Paweł chwile postał na drodze i ostatecznie pojechał dalej do lasu a wszyscy nas ostrzegali o wilkach i niedźwiedziach. Gdy, żeśmy się rozbijali przyszło jakieś dziecko, ale było strasznie przestraszone i do tego nie umiało po rusku, bo chciałem się zapytać czy możemy się tu rozbić. Dałem mu paczkę cukierków. Poszedł, zadowolony, a myśmy się śmiali, że zaraz zawoła kolegów, ale przyszedł tylko jego ojciec i zapraszał nas na noc do domu, nam już się nie chciało bo mieliśmy postawiony namiot, też ostrzegał o wilkach i innych cudach. Wieczorem Tomek poszedł w krzaki i udawał wilki. Zasnąłem praktycznie od razu.
www.biketrip.se
www.adventureblaze.com