26.07.2008 - Sobota
Tej nocy miałem dodatkowe atrakcje, które wcale mi się nie spodobały. Zdecydowanie dobrze mi się spało do czasu, gdy Tomek postanowił wrócić z integracyjnego spotkania. Miał lekkie problemy z otwarciem namiotu, a gdy się do niego wpakował zapachniało w nim gorzej niż w gorzelni. No i oczywiście mnie obudził. Więc skorzystałem i poszedłem w krzaki. Pies obronny, spał w namiocie a właściwie w przedsionku i też się obudził nie do końca zadowolony, ale co zrobić. Gdy poszedłem za potrzebą słyszałem jak Paweł wrzeszczał, że on też chce wracać i gdzie Tomek i czemu go uciekł i zostawił samego wrzeszczał tak, że pewnie w Polsce było słychać. W między czasie Tomek stwierdził, że jednak woli spać przed namiotem ja wpakowałem się do namiotu i już praktycznie zasypiałem, jakoś przydreptał Paweł i zaczął się bulwersować, że Tomek śpi przed namiotem i znów mnie obudził. Zdecydowanie nie pochwalam takiego zachowania, ale co zrobić. Do rana nie miałem już większych atrakcji, jedynie Tomek później stwierdził, że jednak woli w namiocie i w środku nocy do niego właził, ale tylko się przebudziłem. Ok. 800 było już strasznie gorąco stwierdziłem, że nie ma co trzeba wstawać i jechać, bo szkoda dnia tym bardziej, że w planach zwiedzanie Vardzia a później wypadałoby coś przejechać (np. jakaś krowę). Pies o poranku był przed namiotem. Tomek był w dobry stanie zjadł śniadanie i zdecydowanie nie narzekał, ale Paweł zdecydowanie nie miał ochoty na nic nie mówiąc o jeżdżeniu czy czym kol wiek innym. Wygramolił się z namiotu jak ja już byłem praktycznie gotowy. Nie czekałem na nich tylko potoczyłem się pod wejście do skalnego miasta. Tam jakaś rodzinka miała wielka imprezę o poranku. Zaprosili mnie do siebie robili sobie ze mną zdjęcia i chcieli mi dać jakaś swoją córkę, ale nie chciałem miałem już wystarczająco dużo swoich tobołków. Dostałem śniadanie i trochę wina. Po chwili zjawili się Polacy, których spotkałem dzień wcześniej też wyglądali trochę niemrawo. Później zjawili się moi towarzysze. Wejście do miasta kosztowało 3Lari (bilet ulgowy) więc nie najgorzej. Pies stwierdził, że będzie zwiedzał z nami. Początkowo trzeba było się wdrapać na górę, było niesamowicie ciepło, a później zaczęliśmy chodzić różnymi tunelami oraz po różnych komnatach. Spora część miasta została zniszczona i już nie wiele się zachowało, ale mimo wszystko robi wrażenie. W środku znajduje się nawet coś ala kaplica. Znaleźliśmy fajne przejście tyle, że nie było tam światła a myśmy nie mieli latarki więc przy pomocy lampy (flasha) z aparatu oświetlaliśmy sobie drogę i przeszliśmy całość, wychodziło za kaplicą. Pies za nami z tym, że ciemność mu się nie spodobała, i zablokował się i zaczął kwiczeć. Musiałem później tam wrócić, żeby go uratować, bo biedak jeszcze by umarł z głodu i później by straszył. Około 11 byliśmy gotowi do jazdy. Ruszyliśmy do przodu, tego dnia ja zdecydowanie przodem a Paweł na samym tyle (ciekawe czemu?). Pies się gdzieś zgubił i już nie chciał z nami zwiedzać. Po Drodze spotkałem kolejnych polaków tym razem terenówką. Chwilę z nimi pogadałem, wspólne zdjęcia. Dowiedzieliśmy się, że droga z Batumi jest po prostu rewelacyjna i 150km autem zajęło im cały dzień. Uśmiech na twarzy i radość w sercu. Dałem im ksero moich map, bo oni mieli jakaś strasznie dziadowska w zamian, dostałem polskie czekolady i miałem okazje napić się polskiej wody (ach pychotka). Po chwili ruszyliśmy dalej. Na rozdrożu, koło zamku, chwilę postałem i czekałem na resztę, ale coś ich nie było (chyba zrobili postój nad rzeką). Więc pojechałem dalej, spotkałem kolejnych polaków tym razem stopowiczów. Tego dnia miałem przyjemność jechania w dół rzeki, aby tyle bo upał był niesamowity, a droga tak czy tak raz w górę raz w dół. Początkowo jechało się nawet przyjemnie. Gdy tak sobie jechałem, zatrzymał mnie facet starą ładą i dał mi masę jabłek i śliwek aż mi się sakwy nie zamykały. Dodatkowo podał mi adres mówi, że mam do niego przyjechać na noc jeśli chce, bo w górach są wilki i dodatkowo zaprasza na obiad. Zrobiłem sobie postój dopiero w lesie, bo było tak ciepło, że jechać się nie dało dodatkowo zero wiatru i takie masakrycznie ciepłe powietrze, ale widoki świetne a nawet rewelacyjne. Podczas postoju przejrzałem swoje sakwy i okazało się, że kapelusz, który dostałem od faceta z karabinem był cały z czekolady więc postanowiłem, że zostawię go na kamieniu. Po około godzinie przerwy stwierdziłem, że tak czy inaczej jakoś specjalnie chłodniej nie będzie i trzeba jechać dalej, a sobie trochę odpocząłem, zjadłem. Na górce w sklepie kolejny postój na loda i wodę (w sumie 2 Lari). Jak na razie cały czas po asfalcie. Widoki naprawdę niesamowite, góry w dole rzeka niebieskie niebo. Jechało się naprawdę bardzo dobrze. Po przejechaniu kolejnych kilku, km zatrzymałem się na chwilę na stacji benzynowej przy źródełku aby nabrać wody. Facet przyszedł i zawołał mnie na ławkę, żebym sobie odpoczął. Chwilę z nim pogadałem. Sporo podróżował, a jego brat był tancerzem i był w Polsce podczas trasy po europie. Dodatkowo mówił, że Gruzini mają wielkie problemy z wizami i że bardzo ciężko wyjechać z kraju nawet jeśli jest się bogatym. Podobno było dziś około 40C. Gdy tak, żeśmy siedzieli i gadali robiło się coraz chłodniej i momentalnie nadeszła wielka chmura i jeszcze większa ulewa i wichura. Miałem szczęście, że nie musiałem jechać na rowerze. Schowałem się w budynku. Po chwili on gdzieś pojechał i przyjechał jego brat, ale nie umiał ani po rusku ani angielsku. Więc poczytałem książkę i czekałem aż przejdzie. Ich jak nie było tak nie ma. Po chwili ruszyłem dalej i miałem naprawdę wielkie szczęście, że przeczekałem to coś (burzo-ulewę) na stacji, bo na drodze leżało masa wielkich kamieni, które pospadały z gór. Teraz już wiem dlaczego w autach bardzo często są porozbijane szyby. Teraz to już jechało się lepiej niż idealnie. Widoki chłód po burzy i do tego asfalt. Późnym popołudniem dostałem sms-a od Pawła, że złapali stopa i pojechali do monastyru Sapara. Ja już byłem zdecydowanie dalej więc nie miałem się zamiaru wracać. W Akhaltsikhe spotkałem polaków tych samych co rano przyjechali marszutką i czekali na pociąg ( w Gruzji pociągi pasażerskie jeżdżą tylko nocą). Dodatkowo zorientowałem się, że zepsuł mi się licznik i nie pokazuje więc dzisiejszy dystans jest zdecydowanie zaniżony. Przejechałem jeszcze kilka km i znalazłem bardzo dogodne miejsce na rozbicie namiotu nad rzeką jakieś 15km przed Adigeni. Tego wieczora przypałętał się kolejny pies z tym, że był bardzo przestraszony dałem mu trochę jedzenia. Dostałem również sms-a, że oni śpią przy monastyrze a rano chcą jeszcze iść do jakiegoś muzeum (bo po co się spieszyć no i najlepiej robić sobie po swojemu, jak widać totalna samowolka) Od tego momentu wspólna wyprawa stała pod wielkim znakiem zapytania. W obozowisku miałem zdecydowane szczęście do zwierząt. Pies a dodatkowo niezliczona ilość mrówek, ale cisza spokój i żadnych hałasów w nocy. Zasnąłem prawie od razu.