25.07.2008 - Piątek
W nocy dochodziłem do siebie więc spało się idealnie, rano pobudka i świetny widok na jezioro. Ok. 9:00 udało się wystartować w kierunku Poka, tam masa dzieci oraz osłów. Tam wodopój więc nabieramy wody. Możliwe, że to jedyny wodopój w całej wsi, bo masa ludzi tam przychodziło po wodę. Jeden z dzieciaków nabierał wody na swojego osła (zdjęcie w galerii). Ciekawie to wyglądało. Można zaryzykować i stwierdzić, że tego dnia zobaczyłem pierwszy rower w Gruzji (oczywiście po za naszymi). Był to piękny niebieski składak. Mając wodę można było udać się w dalszą trasę w poszukiwaniu idealnego miejsca na spożycie kaszki. Kawałek za wioską udało się znaleźć idealne miejsce pod drzewem w cieniu. Tym razem nadzorowałem nad wyborem miejsca, a Tomek został nieco w tyle. Gdy dojechał na miejsce stwierdził, że coś mało powietrza ma w kole i że chyba mu ucieka okazało się to prawdą. Więc najpierw kaszka a później wymiana dętki. Całkiem sprawnie mu to poszło. W między czasie niewiadomo skąd zleciało się pełno ludzi i zaczęli się przyglądać temu całemu zajściu. Nawet jakieś podpisy do mojego zeszytu dostałem całkiem ciekawe. Koniecznie chcieli złożyć podpis więc skoro chcieli to złożyli. Rano jechaliśmy wzdłuż jeziora więc mimo upał był idealny chłód od jeziora coś wspaniałego a do tego czuję się znacznie lepiej to już w ogóle rewelacja jakich mało, tyko Paweł gada jak najęty. Ruszyliśmy w dalszą drogę, oczywiście asfaltu brak. Jako, że widoki były świetne, postanowiłem zrobić, kilka zdjęć i oczywiście zostałem w tyle, ale wcale mi to nie przeszkadzało cisza, spokój, piękne widoki i do tego nie muszę się nigdzie śpieszyć. W Gruzji bardzo często można napotkać, różne źródełka i inne miejsca gdzie można nabrać wody lub po prostu się jej napić (przy większości stoi kubek, lub inne naczynie). Zauważyłem takie miejsce nad jeziorem więc się zatrzymałem, aby uzupełnić zapasy wody. Stał tam bus i kilku ludzi popijało chłodną wodę. Chwilę ze mną pogawędzili i stwierdzili, że po co mam się męczyć, skoro mogą mnie zabrać do auta. Podwieźli mnie kilka km do Ninotsminda tam zaczął się asfalt, coś pięknego (a w Polsce narzekają na stan dróg, wystarczy pojechać do Gruzji a od razu się zmieni zdanie). Ninotsminda znacznie różniła się od poprzednich wiosek, nie tylko tym, że był tam asfalt, ale było sporo sklepów, domów, handel na ulicach i nie tylko ogólne zamieszanie. Więc pojechałem za wioskę i tam w lesie pod drzewem postanowiłem poczekać na resztę. Posiedziałem, zjadłem poczytałem książkę a ich jak nie było tak nie ma, aż mi się znudziło to całe czekanie. Postanowiłem ruszyć dalej. Drogą wiodła doliną, było tam sporo pól i łąk, sporo ludzi kosiło trawę. Zatrzymałem się na małą pogawędkę z jedną rodziną, która kosiła trawę. Dostałem jabłka. Mąż żona i córka, która była tak szczelnie ubrana, że nie było widać czy to córka czy syn. Na głowie miała dziwną maskę nie wiem czy to przeciw owadom czy może słońcu, ale śmiesznie to wyglądało prawie jak z „Krzyku”. I znów nie umieli się nadziwić, że nie mam żony. O dziwo tego dnia jechało się w dół i po płaskim a do tego po asfalcie, odmiana nie z tej ziemi. Trochę zaczęło się chmurzyć, ale i tak jechało się świetnie. W Akhalkalaki spory zjazd, a później wzdłuż rzeki Kura w dól, początkowo miałem obawy, że będę musiał jechać w górę, bo było widać tylko podjazd, ale na szczęście okazało się inaczej. Jechałem i jechałem a tu nagle zatrzymało się auto, facet przewoził śliwki i jabłka i dał mi drogę i znów się dziwił, on miał żonę, ale nie wiem ile miał lat. Dał mi adres, żebym się u niego zatrzymał. Po drodze napotkałem na bardzo ciekawy most, nie wiem czy ktoś, z niego korzysta, czy to tylko atrapa, ale ciekawie wyglądał, był to wagon z tym, że miał dziury w podłodze, na rowerze nie było szans przejechać człowiek może by przeskoczył te dziury. Po przejechaniu kolejnych kilku km zrobiłem sobie postrój w altance nad rzeką, bo coś trzeba czasami jeść. W Khertvisi (skręt w kierunku Vardzia) na wzgórzu stoi stara twierdza, z daleka wygląda ciekawie, z zewnątrz wygląda na dobrze zachowaną. Podjechałem bliżej okazało się, że to wysoko przez chwilę zastanawiałem się czy tam wjechać, czy pójść na nogach. Zostawiłem rower pod płotem i ruszyłem na górę. Doskonały wybór, nie dałoby rady wjechać. Na górze dzieci w koszulkach z logiem zamku, stwierdzili, że mnie oprowadzą. Od środa nie wyglądało już tak dobrze jak od zewnątrz. W Symie tylko mury i wieża a w środku praktycznie nic. W wieży była kapliczka. Chwilę pochodziłem, zrobiłem kilka zdjęć i stwierdziłem, że nie ma co trzeba jechać dalej. Zleciało się coraz więcej tych dzieci, ale żaden ani po rusku ani po angielsku, więc nie wiem czy miałem im coś płacić czy robili to charytatywnie czy co. Po prostu pojechałem dalej. Wielka odmiana się skończyła i trzeba było wrócić do rzeczywistości czyli zaczęła się dziurawa droga, po kamolach, ale na szczęście wg znaku tylko 16km. Generalnie nie jechało się tak tragicznie, raz w górę raz w dół. Miejscami w wioskach nawet kawałki asfaltu dało się znaleźć. Po drodze, jakiś dzieciak, dało mi taka dziwną kulę, nie mam pojęcia z jakiej to rośliny (miało kolce i było okrągłe, przez dość długi czas to woziłem, ale podczas deszczy zawilgło i zaczęło pleśnieć więc musiałem to wywalić). Powoli a nawet dość szybko zaczęła się psuć pogoda. Zaczęło wiać jak głupie i do tego padać z tego wszystkiego ubrałem kask, bo raz to chciało mnie zwiać z drogi. Po drodze kupiłem Fante 0,5L za 1Lari, za bardzo nie było wielkie wyboru w tym sklepie, ale galoty było można kupić (jakiś facet kupował). Udało się jakoś dojechałem do Vardzi początkowo nie zauważyłem, ale po chwili ukazały się moim oczą dziury w skalach. Ciekawy widok. Najpierw czekałem nieco dalej, ale moich kompanów nie było, więc stwierdziłem, że pojadę szukać jakiegoś miejsca na nocleg. Gdy tam przyjeżdżam koło hotelu, (nawet nie wiedziałem, że to Hotel), ktoś woła po Polsku, jesteś z polski??? (Noc w tym Hotelu z tego co pamiętam 15Lari lub 20Lari). Pogadałem z nimi, a reszty wyprawowiczów jak nie było tak nie ma. Już się robiło ciemno. W między czasie zakolegowałem się z małym psem. Po długim czasie zjawili się, już myślałem, że się zgubili, ale przyjechali. Z Zupełnie innej strony niż ja, bo od góry. Pojechali nieco inaczej przez górę a zjazd był maksymalnie dziurawy i po błocie i zajął im podobno godzinę. A Paweł twierdzi (do dziś), że pogonił go byk. Ja tam nie wiem, bo mnie przez całą wyprawę żaden nie pogonił a dodatkowo wszystkie przede mną uciekały, ale skoro tak twierdzi to może i tak było ja tam nie wiem. Rozbiliśmy namiot nad rzeką naprzeciwko hotelu. Pies przyszedł za nami. Na kolacja zupka, a po kolacji mycie w rzece. Po kolacji i innych atrakcjach ja udałem się na spoczynek, a oni do hotelowej knajpy integrować się z spotkanymi Polakami i Gruzinami. Pies chciał mi się wpakować do namiotu, ale ostatecznie zamieszkał w przedsionku. Wieczorem się rozpogodziło i przestało padać.