24.07.2008 - Czwartek


W nocy spało się zdecydowanie źle a można nawet powiedzieć, że się nie spało bo najprawdopodobniej zaszkodziły mi kabanosy i można się tylko domyślić co się działo, ale było nie wesoło. Spałem kilka godzin a rano byłem tak wyczerpany, że ledwo się poruszałem. Dodatkowo rano Paweł wszystkich pobudził, bo jak się okazało rozbiliśmy namiotu na pastwisku i rano przyszło stado krów. Ja mimo, że byłem zmęczony to wieczorem pozamykałem wszystkie sakwy i wszystkie rzeczy pochowałem albo do namiotu albo do sakw, ale Paweł i Tomek zostawili otwarte sakwy i sporo rzeczy na wierzchu. Więc krowom się to spodobało. Paweł akurat wyszedł z namiotu i zorientował się, że krowy opanowały jego rzeczy i przy okazji porawły mu menażkę (przeżywał to przez całą wyprawę i teraz pewnie jeszcze też) Tomkowi też coś porwały, ale zorientował się w porę i odzyskał swoje rzeczy. Paweł menażki nie znalazł. Na mnie krowy nie robią żadnego wrażenia jako, że jestem ze wsi wiec zwierze jak zwierze nic to dla mnie nowego więc nawet nie wyczołgałem się z namiotu. Dopiero po chwili wylazłem, ale stwierdziłem, że nie mam siły żeby jeździć więc położyłem się przed namiotem, zjadłem tabletki i poszedłem spać i liczyłem na to, że jak wstanę będę czuł się idealnie a namioty będą poskładane i wszyscy będą gotowi do dalszej jazdy. Po jakimś czasie się obudziłem, czułem się nawet nie najgorzej, ale namioty jak stały tak stoją. Więc wziąłem się za składanie. Okazało się tylko, że Paweł był na śniadaniu w sklepie kupił sobie mleko i jakiegoś placka. No i oczywiście temat menażki ciągle powracał, ale gdyby sobie schował albo do sakwy albo do namiotu nie byłoby problemu. Około 10 udało się ruszyć czyli nie tak tragicznie. Postanowiłem nie ryzykować i nic nie jadłem na śniadanie. Jako, że byłem ledwo żywo czyli jechałem jeszcze wolniej niż normalnie asfaltu ciągle brak, czyli jechało się jak się jechało i jechałem naprawdę powoli, ale widoki na jezioro było naprawdę świetne. Gdy tak sobie jechałem patrzę a za mną facet na furze a ciągnie go koń więc stwierdziłem, że będzie z tego dobre zdjęcie, postawiłem rower wyciągam aparat i robie zdjęcie. Facet podjeżdża i się zatrzymuje, i był zainteresowany tym co ja tu robie gdzie jadę i w ogóle bardzo miły. Stwierdził, że skoro tak to mam pakować rower na furę i jedziemy. Ja nie protestowałem bo nie miałem specjalnie siły na jazdę po tych dziurach tym bardziej, że nie było do końca po płaskim. Może koń jakoś zastraszająco szybko nie jechał i nie wiem czy nie wolniej niż ja na rowerze, ale siedziałem wygodnie i prowadziłem rozmowę. Nauczyłem się nawet kilku słów po Gruzińsku, ale to było chwilowe i ostatecznie zapomniałem. Nawet przez chwilę ja dowodziłem i kierowałem jeśli w ogolę można mówić o kierowaniu. W miedzy czasie z przeciwka jechał facet, który był Grekiem i chyba był znajomym tego dziadka bo chwilę sobie pogawędzili, a ostatecznie dostałem mleko prosto z beczki, bo grek przewoził na furze (z tym, że zamiast konia miał traktor) beczki z mlekiem. No i dalej w drogę na szczęście ja już nie dowodziłem, bo było dla mnie trochę stresujące, bo ten koń czasami słuchał a czasami nie, raz nawet wjechał do rowu a później ledwo żeśmy wyjechali, ale na szczęście to nie moja wina. Po pewnym czasie musiał nastąpić koniec przyjemności i musiałem wsiadać na rower i już jechać samemu. Pamiątkowe wspólne zdjęcie przy koniku i w drogę. O dziwo moi towarzysze czekali na mnie kawałek dalej w jakiejś wsi. Tam w lokalnym sklepie kupiłem sobie Fante 1L za 2Lari. Ruszyliśmy dalej ja od razu zostałem w tyle. Po przejechaniu kilka km, stwierdziłem, że dalej nie pojadę, nie miałem na to siły. Nad rzeką znalazłem idealne miejsce i jeszcze idealniejszy kamień. Postawiłem rower a siebie oparłem o ten kamień. Możecie sobie tylko wyobrazić było idealnie. Szum rzeki powiew wiatru, oparcie dodatkowo obok pasł się koń. Niczego więcej mi nie trzeba było. Uciąłem sobie drzemkę, było idealnie. Po jakiejś godzinie stwierdziłem, że jednak trzeba by się przemieścić do przodu. Wsiadłem na rower i ruszyłem. Przejechałem niezbyt długi odcinek i stwierdziłem, zdecydowanie nie. Trzeba łapać jakiegoś busa, bo nie mam siły jechać a czułem się fatalnie więc nie miałem też ochoty na żadne jedzenie. Z racji tego, że czekał mnie podjazd na 2168 m.n.p.m. powoli trzeba było jechać w górę. Gdy tak siedziałem, przyszedł jakiś facet i zaczął jakieś dziwne rzeczy mówić o czarach i o jakimś czarnym czarodzieju. Czułem się źle, ale nie na tyle źle żeby mieć omamy lub go nie rozumieć. Po chwili nadjechała stara łada z przeciwka i się zatrzymała. Kierowca stwierdził, że za 10Lari mnie podwiezie kawałek. Byłem na tyle zmęczony, że zgodziłem się bez dłuższego zastanowienia. Rower do bagażnika. Był to typowy gruziński kierowca szalał ostro po tych dziurach, mój rower a właściwie ta część, która wystawała z bagażnika była cała zakurzona. Wysiadłem z roweru przejechałem malutki kawałek i zaczął się najgorszy podjazd do tego zero drzew zero wiatru, zero cienia. Zasiadłem na kamieniu i czekałem na jakieś przejeżdżające auto. Z tym, że nic nie chciało jechać siedziałem i siedziałem i nic. Na szczęście po dłuższej chwili nadjechało coś co przypominało busa z tym, że jechało w przeciwną stronę, ale kierowca się mną zainteresował. Dowiedziałem się, że pracuje przy budowie drogi i że jedzie po wodę i zaraz będzie wracał i może mnie kawałek podwieźć. Bardzo się ucieszyłem. Z tym, że ta chwila to była mało chwilowa, ale to nic. Facet stwierdził, że podwiezie mnie na samą przełęcz a później sobie tylko zjadę i będzie fajnie. Cieszyłem się jak dziecko, albo jak chory rowerzysta, który nie ma siły jechać pod górę. Kierowca był bardzo miły. Zjazd był zdecydowanie łatwiejszy podczas zjazdu mijało mnie auto coś na wzór busika, wyładowane w środku zwierzętami nawet na dachu były jakieś a wszystkie były żywe strasznie śmiesznie to wyglądało szczególnie te na dachu. Na dole Paweł i Tomek czekali przy wodopoju. Oznajmiłem im, że dalej nie jadę. Było ok. 17 może trochę później. Paweł najszczęśliwszy nie był, stwierdził, że on chce na kolacje rybę i że chce jeszcze jechać. Oni pojechali w poszukiwaniu ryby a ja w poszukiwaniu noclegu, wyjechałem z wioski i kawałek za wioską nad jeziorem rozbiłem namiot, zjadłem sobie herbatniki i tabletki i zaległem. A ich nie było i nie było. Przyjechali chyba po 3 godzinach. Tego dnia nocowaliśmy kilka km za Paravani przed Poka z namiotu było widać jezioro i góry.

Dystans: 32km
Czas jazdy: 3.11h
Prędkość średnia: 10.2km/h
Max speed: 28.3km/h


<--- back --->