23.07.2008 - Środa
Pierwszy tak naprawdę pełnowymiarowy dzień zaczął się wcześnie bo pobudka o 7:00 ale polskiego czasu to już 9:00 więc bardzo dobra pora aby rozpocząć dzień, tym bardziej, że w nocy było strasznie gorąco, a rano to już całkiem. Z racji tego, że spaliśmy w ogródku przy ulicy w nocy były hałasy i ciężko się spało. Wystartowaliśmy po godzinie i już na dobry początek pod górę może nie było jakoś strasznie stromo, ale to sam początek wyprawy i nie byłem jeszcze wprawiony w jazdę z ciężkimi sakwami (tym bardziej, że przed wyjazdem praktycznie nie trenowałem). Paweł i Tomek pogzuli do przodu. Umowa była, że jak będzie fajne miejsce w cieniu robimy kaszkę ja takich miejsc mijałem całkiem sporo, ale widocznie nie były odpowiednie. Po dość długim czasie stoją na zakręcie. Pierwszy dzień i już pierwsze nieporozumienie. Paweł stwierdził, że zrobi postój na przełęczy i wydawało mu się, że to blisko i że zaraz dojedziemy. Z tym, że na mapie było widać, że praktycznie do samego Manglisi jest podjazd. Więc kaszkę zjedliśmy na zakręcie w chaszczach na słońcu, ale i tak była dobra bo byłem masakrycznie głodny i do tego była to pierwsza kaszka na tej wyprawie (bananowa z suszonymi papajami). To już stało się normą, że jeździłem na końcu a oni przodem tak było i tym razem. Pomalutku sobie jechałem w stronę Manglisi praktycznie cały czas był podjazd, ale nie jechało się tak tragicznie bo był asfalt, miejscami nieco dziurawy i nierówny, ale był. Na szczęście popołudniu trochę zaczęło wiać i się chmurzyć więc upał nie był tak uciążliwy. Po drodze, wzbudzałem spore zainteresowanie ludzie pytali się skąd jestem czym się zajmuję, ile mam lat, a gdy mówiłem, że 22 to od razu pytali czy mam żonę a jak mówiłem, że nie mam to strasznie się dziwili. Więc zastanawia mnie to czy w Gruzji tak młodo ludzie się pobierają czy może u nas tak staro. Szczególnie na wsiach ludzie są zainteresowani przybyszem w kasku na rowerze. W Orbeti gdy nabierałem wody zleciało się kilka osób i zadawało standardowe pytanie. Mnie się to nawet początkowo podobało, bo zawsze kontakt z ludźmi dodatkowo można poćwiczyć i podszkolić rosyjski. W stronę Manglisi ciągle pod górę więc trzeba było zrobić jakiś postój a akurat przy drodze stały jakieś stoły ławki więc się tam zatrzymałem. Postanowiłem opanować kabanosy zabrane z polski, bo było ciepło więc bałem się, że jak je powożę kilka dni to nawet żaden pies się ich nie chyci. Gdy tak sobie siedziałem zatrzymało się przejeżdżające auto, bo było zainteresowane przybyszem na rowerze. Podczas jazdy bardzo fajne widoki, góry, łąki czasami lasy do tego chmury na niebieskim niebie dodawały uroku całej sytuacji. Dogoniłem ich dopiero w Manglisi siedzieli w parku i jak się później dowiedziałem zdążyli już zjeść pierwszy gruziński obiad w jakiejś lokalnej knajpie. Chwilę sobie odsapnęliśmy i ruszyliśmy w górę miejscowości. Jak się później okazało Tomek zostawił tam rękawiczki (pierwsza zgubiona rzecz). Tam do sklepu po wodę (1,2Lari) a oni pojechali dalej, a przed sklepem jakieś morele czy inne śliwki dwie sztuki za 0,45Lari. W między czasie przydreptał dziadek i pyta dokąd chce jechać co jak itp. Więc mówię mu co i jak. A on na to, że źle jadę i że tam się nie przejedzie, że z powrotem na dół i w prawo. Stwierdziłem, że skoro tak to nie ma co tylko zawracać i jechać, bo ich i tak nie do gonie po za tym pewnie się zorientują, że to zła droga a w zasadzie to mogli zaczekać, bo nie wiem po co się tak śpieszyć skoro to wyprawa a nie wyścigi. A początkowo zastanawiałem się nad tą drogą, którą wskazał ten dziadek, ale Paweł stwierdził, że to na pewno nie ta droga, bo to jakiś dojazd na pola i do domów. Przed samym Manglisi był spory zjazd i przed samą wsią nagle skończył się asfalt. Myślałem, że to tylko chwilowy brak, bo po wjeździe do wsi znów pojawił się asfalt, a droga prosto była drogą typowo piaszczystą i nie wyglądała jak trasa przelotowa. W zasadzie nie musiała wyglądać ważne, że nią była. Więc zgodnie z radą dziadka udałem się na wspaniałą trasę. Miałem radochę, że aby raz mogę sobie jechać przodem. Początkowo za samą wsią był minimalny podjazd a później dość spory zjazd, ale po takiej drodze nie dało się zbyt szybko jechać dodatkowo gdy przejeżdżało jakieś auto było je doskonale widać, bo zaraz za autem leciała sobie chmura kurzu a później prosto na mnie. Po przejechaniu kilku km spotkałem geodetów jako, że to ten sam kierunek zatrzymałem się i chwile z nimi pogadałem i zostawiłem im informacje o naszej wyprawie dodatkowo poleciłem aby powiedzieli chłopakom, że jadę przed nimi i ruszyłem dalej. Po jakimś czasie zatrzymał się facet starym UAZem, był tak masakrycznie pijany, że po wyjściu z auta ledwo się trzymał na nogach i koniecznie chciał mnie zabrać do Tbilisi a gdy mu odmówiłem miał problemy, żeby wrócić do swojej maszyny. Dostałem od niego w prezencie kapelusz i chciał mi chyba dać karabin a może chciał żebym go zastrzelił, bo wyciągnął z auta wielki karabin i coś mówił, ale go nie zrozumiałem. Po chwili pojechał dalej i o dziwo jechał całkiem prosto. Z parę chwil radość z jechania przodem się zakończyła bo Paweł i Tomek mnie dogonili a nawet przegonili. Tego dnia już do wieczora droga była maksymalnie dziurawa, z tym, że raz były to dziurki a raz dziury giganty. Wieczorem oni pojechali mocno do przodu i w ogóle na mnie nie poczekali, a już powoli robiło się ciemno, nad jezioro które tego dnia było naszym celem prowadziły dwie drogi oczywiście wg mapy. Pierwsza miała być lepsza a w rzeczywistości było na odwrót. Stwierdziłem, że jeśli nie poczekali przy zjeździe to będą czekać przy drugim ale tam też ich nie było a ja niby jestem wróżka i mam się domyślić czy pojechali prosto czy może skręcili do wsi w prawo i nawet chciałem pojechać prosto bo skoro nie czekali to tak myślałem (w zasadzie wcale nie trzeba było zjeżdżać żeby dojechać nad jezioro, można było pojechać prosto), ale na szczęście przechodził tam jakiś facet, który widział jak pojechali w dół. Przy okazji na tej wspaniałej drodze spadła mi sakwa i zanim się z tym uporałem też chwila zeszła. Dojechałem do wsi a ich nie ma, dopiero za wsią przez przypadek się natchnąłem na Tomka, który jechał właśnie do sklepu po piwo. Gdybym przyjechał 2 minuty później to bym przejechał i mógłbym jechać dalej i nawet bym nie wiedział gdzie oni są. Ta samowolka i gnanie do przodu mi się wcale nie spodobało (gdyby na mnie czekali nie byłoby problemu, ale jak musze się jakiegoś faceta pytać gdzie pojechali to już mi się nie podoba), ale znalazłem sklep kupiłem sobie piwo za 2Lari, które wynagrodziło wszystko. Nocleg nad rzeką w miejscowości Beshtaheni wieczorem zupka i chleb. W między czasie zleciało się kilka osób i proponowało nocleg u siebie w domu, ale mieliśmy już rozbity namiot więc stwierdziłem, że przynajmniej mi nie chce się przenosić. Ja się umyłem w rzeczy a Paweł i Tomek poszli na poszukiwanie wodospadu, który podobno był kawałek dalej ja się zadowoliłem wodą z rzeki. Tego dnia wieczorem nie czułem się idealnie, ale byłem masakrycznie zmęczony więc zasypiało się bez najmniejszego problemu.