22.07.2008 - Wtorek


Ten dzień zaczął się wyjątkowo wcześnie, bo po kilku godzinach snu trzeba było się zrywać o 2:00, ale sam tego chciałem więc nie ma powodów do narzekań. Jeszcze ostatnie rzeczy do sakwy i start z domu o 2:30 w stronę Krakowa. Tak o to ruszyła kolejna już rowerowa wyprawa. Po drodze na stacji benzynowej kupiłem dwie naklejki PL a później już prosto na lotnisko. Podróż poszła szybko i sprawnie. Na lotnisku byłem pierwszy. Po chwili zjawił się Tomek po dłuższej chwili i telefonie do nas z pytaniem gdzie jesteśmy na lotnisku zjawił się Paweł. Ważenie bagażu okazało się, że ja i Paweł mamy za dużo tylko Tomek ma za mało. Zastanawiałem się czy będzie trzeba dopłacać czy nie. Po chwili oczekiwania zaczęła się odprawa. Bagaże odprawione i nic nie trzeba dopłacać. Jedynie trzeba zapłacić za rower a dopiero gdy to zrobimy dostaniemy karty pokładowe, a kasa była jeszcze zamknięta. W miedzy czasie poszliśmy z rowerami w odpowiednie miejsce. Ja i Tomek zostawiliśmy rowery a Paweł jeszcze coś tam majstrował i po chwili dzwoni, że są pewne problemy. Okazało się, że na lotnisku jest jakaś nowa maszyna do prześwietlania i rower się do niej nie mieści i trzeba wyjąć koło, bo inaczej nie zabiorą (a na infolinii zapewniali, że nie będzie żadnych problemów i będzie można zabrać w jednym kawałku). Trzeba było iść po dodatkową naklejkę na koło i znów wracać. Troszkę żeśmy się nachodzili, ale udało się zabrali rower, dokonaliśmy opłatę dostaliśmy karty pokładowe i było już na tyle późno, że trzeba było szybkim krokiem udać się do odpowiedniej bramki. Po drodze jeszcze prześwietlanie. W bagażu podręcznym miałem dżem i nutelle, ale przeszło bez problemu i nawet metalowe bloki w butach nie piszczały przy przechodzeniu przez wykrywacz metali. Już po chwili byłem na pokładzie ciasnego samolotu, ale na szczęście lot poszedł szybko i sprawnie. A w samolocie dawali nawet jakieś prawie pierwszej jakości bułki i napoje. Lotnisko w Monachium było znacznie większe niż to w Krakowie. Mieliśmy tylko godzinę na przesiadkę, zastanawiałem się czy przypadkiem moje koło nie poleci do Afryki i czy na pewno zdążą wszystko przeładować w tak krótkim czasie. Sporo czasu zajęło przejście do odpowiedniej bramki bo była na drugim końcu lotniska więc nie musieliśmy za długo czekać. Tym razem miałem super miejsce bo przy drzwiach ewakuacyjnych w oknie więc było naprawdę dużo miejsca na nogi. Po pewnym czasie zaczęli dawać jakieś dziwne jedzenie. W samolocie było głośno a kobieta cicho mówiła więc nawet nie wiem co było do wyboru. Trafiła mi się jakaś maksymalnie chemiczne jajecznica po której poczułem się nie najlepiej więc postanowiłem zmienić miejsce na jakieś bliżej toalety. Na szczęście nie było to potrzebne, ale poznałem pewnego faceta z Hamburga z którym rozmawiałem już resztę podróży czas szybko minął i mi i jemu, bo było widać, że nie lubi latać i ze nie działa to na niego najlepiej i, że się stresował. Na miejscu byliśmy nieco wcześniej, ale lądowanie za pierwszym razem się nie udało. Jak stwierdził kapitan zawiał niewłaściwy wiatr i trzeba było się wznosić. Za drugim razem już się udało i byliśmy o właściwej porze. Po wyjściu z samolotu miałem wrażenie, że na miejscu jest z 100C było niesamowicie gorąco znacznie cieplej niż w Polsce. Teraz oczekiwanie na nasz bagaż. Pytam się gdzie można będzie odebrać rowery, okazało się, że tam gdzie resztę bagażu, trochę mnie to zdziwiło bo rower razem z walizkami do tego mała dziura w ścianie zakręty, ale skoro tak powiedzieli to widocznie tak musi być. Po chwili dziura w ścianie się otworzyła taśma ruszyła i o dziwo mój śpiwór wyjechał jako pierwszy. Po chwili zaczęła wyjeżdżać reszta rzeczy a nawet rowery. Wywołało to spore zainteresowanie na lotnisku. Po około dwóch godzinach byliśmy gotowi do drogi. Jeszcze tylko wymienić walutę, na lotnisku za 1$ można było dostać 1,41 Lari (w całym kraju podobnie). Nie mieliśmy wody. Lotnisko znajduję się za miastem więc nie było w okolicy żadnych sklepów. A tamtejsze stacje benzynowe wyglądają znacznie inaczej niż te polskie. Po drodze kupiłem benzynę do kuchenki za 1,35Lari i przy okazji w barze obok stacji benzynowej dostałem butelkę wody z kranu, która smakowała wyśmienicie. Po przejechaniu kilku kilometrów udało się znaleźć sklep i kupić wodę za 1lari. Przy sklepie jakiś facet stwierdził „Polaki ok.” co mnie bardzo ucieszyło, bo chwila pobytu w Gruzji a tu już tak pozytywne nastawienie do Polaków. Generalnie wywoływaliśmy niezłą sensacje. Wszyscy trąbili a ludzie się oglądali. Co mnie bardzo zdziwiło w Tbilisi co kilka metrów przy ulicy stał policjant. W mieście wszyscy trąbią nie tylko na nas i jeżdżą jak chcą, ale na szczęście drogą, którą chcieliśmy jechać była w miarę blisko lotniska i do tego nie trzeba było wjeżdżać aż tak bardzo do centrum miasta więc miejskie szaleństwo na ulicach nie dało mi się aż tak bardzo we znaki, znacznie gorszy był panujący upał. Mieliśmy okazję jechać przez nie najkrótszy tunel w którym nie było oświetlenia więc trzeba było się zatrzymywać w środku i czekać na nadjeżdżające auto aby oświetliło drogę. Już od razu na przywitanie spory podjazd o sporym nachyleniu, ale był asfalt wiec aby tyle dobrze choć rewelacyjnie to się nie jechało. Jak się okazało jeździłem najwolniej z wszystkich i zostałem w tyle. Po drodze kupiłem sobie gotowaną kukurydzę za 1Lari sprzedawali takie przy drodze. Wieczorem nie jeździliśmy zbyt długo, bo trzeba było odespać poranne wstawanie, na szczęście w Gruzji czas jest +2h więc trochę to w tym pomogło. Nocleg na gospodarza w Tskneti, za trzecim razem. Spaliśmy przed domem na ogródku. Dostaliśmy ser, wodę i pomidory. Nasze przybycie i nasze namioty wzbudziło tak wielkie zainteresowanie, że zleciała się chyba cała wieś. Byliśmy wielką atrakcją a szczególnie dla dzieci. Już pierwszego dnia zostawałem w tyle i jeździłem w tyle, ale jak na razie wcale mi to nie przeszkadzało, mogłem sobie jeździć swoim tempem i przy okazji czasami się zatrzymywać i rozmawiać z napotkanymi ludźmi, co bardzo mi się podobało.

Dystans: 30km
Czas jazdy: 2.13h
Prędkość średnia: 14km/h
Max speed: 39.6km/h


back --->