10,11.08.2008 - Niedziela, poniedziałek
Po średnio przespanej nocy (było strasznie gorąco mimo, że spałem pod prześcieradłem) pobudka o 6 z kawałkiem. Jakoś szczególnie to ja osobiście się nie wyspałem, ale nie miałem na to wpływu. Na śniadanie dostaliśmy jajecznice, kawę oraz chleb. Teraz już nic nie pozostało tylko brać rower, sakwy i do windy (za którą trzeba było płacić 0,1Lari). Rowery były na tyle brudne, że trzeba było je troszkę wyczyścić. Zgodnie z informacja z poprzedniego dnia zbiórka przed ambasadą była o 8:00 więc postanowiliśmy pojechać nieco wcześniej, bo nie było żadnej informacji na temat tego czy uda się zabrać rowery czy nie, czy uda się to w jednym kawałku czy może trzeba będzie coś rozbierać? Nie było wiadomo co to za autobusy, rano było sporo niewiadomych, a po za tym skoro o 800 to o 800. Po przybyciu na miejsce była już grupka ludzi. Trzeba było załatwić pewne formalności typu podać numer paszportu sprawdzić swoje dane a później już tylko czekać na przyjazd autobusów. Jak się okazało miały się zjawić około 930 a o 1000 miał być start. Więc przekręciłem kierownicę, a pedałów już się nie udało i czekałem. Ludzie się schodzili cały czas. Miejscowy sklep przeżywał oblężenie. Sam kupiłem w nim 4 batoniki (na później bo nie miałem pojęcia ile potrwa cała ewakuacja) po 1lari każdy, ale jak się okazało były już lekko roztopione. Około 1000 zaczęło się coś dziać (ludzie nadal się schodzili) udaliśmy się na ulice główną ulicę, bo tam miały podjechać autobusy (było już wiadomo, że ma być ich 8 oraz to, że będą to zwykłe autobusy miejskie). Więc się ucieszyłem bo była pewność, że nie będzie problemu z zabraniem roweru. W sumie było pięciu rowerzystów (nasza trójka oraz dwoje z Krakowa). Autobusy przyjechały z małym opóźnieniem. Przy wejściu do autobusu sprawdzenie obecności i zaznaczenie na liście. Rowerzyści udali się do ostatniego autobusu. Po chwili udało się ruszyliśmy. Konwojowała nas policja. Nasz kierowca to typowy gruziński kierowca, trąbił na wszystko i wszystkich i jechał jak szalony. Do granicy dojechaliśmy szybko i sprawnie. Rano było chłodno, ale z chwili na chwilę robiło się coraz cieplej. Ja ubrałem długie spodnie, bo z 4 sakw zrobiłem dwie i już nie zmieściły by się do środka, ale mimo długich spodni nawet nie narzekałem. Na granicy po stronie gruzińskiej poszło w miarę sprawnie. A na armeńskiej nie było już tak wesoło. Polscy obywatele do Armenii potrzebują wizę, a takich była większość. Na początek zebrano wszystkie paszporty. Po upływie dłuższej chwili. Dostaliśmy paszporty i ankieta do wypisania (imię, nazwisko, gdzie co po co na co na ile itp.) Zanim wszyscy uporali się z wypisaniem tych kartek to minęło sporo czasu. A później nic tylko czekać. Okazało się, że przed nami do kolejki władowali się amerykańscy dyplomaci a było ich całkiem sporo. Po za tym był tylko jeden człowiek, który wpisywał te wszystkie dane do komputera. Mimo, że trzeba było czekać nie było aż tak tragicznie. Ja osobiście chodziłem nawiązywałem nowe znajomości, poznawałem ludzi. Niektórzy grali w karty, część poszła na piwo itp. Generalnie panowała spokojna atmosfera. Wszyscy czekali. Wiadomo takie czekanie to nic przyjemnego, ale co mieliśmy zrobić? Okazało się, że polecimy na dwie raty. Dziś jedna tura, a następnego dnia druga. Więc w między czasie stworzyła się lista osób, które koniecznie muszą dotrzeć do domu następnego dnia, osób najbardziej potrzebujących. Mnie jakoś udało się zapisać na tą listę na ostatnie miejsce. Generalnie było mi obojętne, wolałem być w domu szybciej, ale gdyby się nie udało też by się nic nie stało. Po około 6 godzinach udało się dostaliśmy wszystkie paszporty. Wszyscy szczęśliwi niektórzy byli zmęczeni bardziej, niektórzy mniej, wpakowaliśmy się do busów i ruszyliśmy w kierunków Erewania. Na granicy dosiadło się kilka osób. Ruszyliśmy mimo popołudniowej pory nadal było ciepło. Zanim zrobiło się całkowicie ciemno mogłem podziwiać widoki. Armenia naprawdę piękna. Trochę żałowałem, że nie będę mógł jej zobaczyć. Nasz kierowca z granicy ruszył jako jeden z ostatnich, ale po chwili zaczął wszystkich wyprzedzać. Po pewnym czasie byliśmy pierwsi. W Armenii spore podjazdy. Więc po jakimś czasie postój na dolewanie wody do chłodnicy i dalej w drogę. Po pewnym czasie nas autobus zaczął się niesamowicie kopcić, okazało się, że woda w chłodnicy się zagotowała, bo nasz kierowca za bardzo szalał, ale sytuacja została szybko opanowana. Wywołało to lekkie zamieszanie. Ludzie wyszli z autobusów. Opanowanie całej sytuacji poszło naprawdę bardzo sprawnie. Po chwili już żeśmy jechali, lecz tym razem jako ostatni i naprawdę powoli. Po pewnym czasie patrzę a tam przed nami stoi autobus. Okazało się, że brakuje w nim kilku osób. Więc pracownicy ambasady polskiej w Gruzji (jechali za nami osobowym wozem) pojechali na poszukiwania w miejsce awarii. Wrócili i okazało się, że nikogo tam nie ma. Po pewnym czasie okazało się, że osoby te znajdują się w innym autobusie. Podczas całego zamieszania pomylili autobusy. Do samego Erewania Podróż przebiegała już całkiem sprawnie. Na miejscu udaliśmy się pod ambasadę. Tam trzy autobusy jechały na lotnisko a reszta do hotelu. Na miejscu została odczytana lista osób, które polecą pierwszym lotem, ale z tego co zaobserwowałem była to inna lista jakaś nowa, wg alfabetu, ale na szczęście też na niej byłem. Przepakowanie poszło szybko i sprawnie, przed odjazdem dostaliśmy prowiant na podróż. Na lotnisku byliśmy po chwili. Wszyscy wpakowali się na lotnisko. Tam oczywiście sporo różnych ludzi, tłok zamieszanie a do tego masa TV. Ja wyglądałem dość specyficznie bo miałem rower a na głowie kask, bo już zabrakło mi rąk, żeby go nosić. Wiec dorwało mnie kilka różnych TV, byłem już nieco zmęczony więc było mi to wszystko jedno. Chwilę potrwało zorientowanie się co i jak, ale okazało się, że odprawa będzie z 10 bramki. Udałem się tam w miarę sprawnie, bo nadal nie wiedziałem co z moim rowerem czy zostanie zabrany czy nie. Tam po raz pierwszy podczas całej ewakuacji zapanowała nerwowa atmosfera i do tego zamieszanie. Stworzyły się dwie kolejki do odprawy i jakoś tak dziwnie. Przyszedł pracownik lotnika i mówi, że mam wypuścić powietrze z kół i bez żadnego problemu, ale po chwili przyszedł kolejny i powiedział, że nie ma najmniejszych szans, przez chwile upierałem się przy swoim więc stwierdzili, że jeżeli kapitan samolotu się zgodzi to wezmą mi rower. Na moje nieszczęście się nie zgodził. Stwierdziłem, że i tak już jest wystarczające zamieszanie bez mojego rowera i nie będę wprowadzał jeszcze większego zamieszania i zostawię go. Pani ambasadorowa powiedziała, że się nim zaopiekuje. Tym o to sposobem mój rower został. Odprawa poszła w miarę sprawnie. Później już tylko kontrola paszportowa, która trwała mniej sprawnie. Była kolejka i wyświetlały się numerki jak na poczcie i podchodziło się do odpowiedniego okienka. W między czasie wróciła mi energia wszyscy się pytali co z moim rowerem. Ja sobie żartowałem, że pracownicy ambasady będą robić wyścigi dookoła ambasady, ale że może im się to nie udać bo wypuściłem powietrze. Mimo całego zamieszania na lotnisku męczącej podróży atmosfera była naprawdę niesamowicie dobra. Spora część z wracających ludzi to byli turyści, którzy byli w górach. Starsi ludzie głównie wracali od rodzin lub znajomych. I nie byli zadowoleni z tego, że musieli ich tam zostawić bo jak wiadomo wojna to nic fajnego. Około 5 samolot wystartował. Mimo miejsc na biletach okazało się, że mamy siadać gdzie chcemy, ja wpakowałem się na pierwsze z brzegu siedzenie. Okazało się ze to biznes klasa, ale było tam tak ciasno, że wymęczyło mnie to bardziej niż całe oczekiwanie na granicy i podróż busem, ale na szczęście okazało się, że w klasie super jest jedno wolne miejsce, więc się tam udałem i tam było już znacznie chłodniej i znacznie więcej miejsca. Około 6 polskiego czasu (w Armenii czas +3h)rano samolot wylądował na wojskowym lotniku w Warszawie. Na miejscu czekały rodziny oraz TV. Ja znów w moim kasku więc znów dorwała mnie TV. Udało się odnaleźć moje sakwy i resztę bagażu. Rano na miejscu czekało na nas jeszcze śniadanie. Po praktycznie 24h byłem w Polsce. Tego dnia postanowiłem zostać w warszawie i sobie odpocząć. Około 12h zadzwoniła kobieta z TVN24 z pytaniem czy zjawie się na 13 na rozmowę na żywo. Nie szczególnie mi się chciało, ale się zgodziłem. Ciekawe przeżycie. Następnego dnia byłem już w domu. Tym oto sposobem zakończyła się wyprawa rowerowa do Gruzji nieco wcześniej niż planowałem, ale mimo wszystko jestem zadowolony z tego co zobaczyłem i z tego co przeżyłem. Na miejscu przeżyłem niesamowite chwile, spotkałem niezwykle gościnnych ludzi i jeśli odzyskam rower i będę miał okazję będę chciał tam wrócić. Mam nadzieję, że cała ta nieciekawa sytuacja szybko się zakończy. Naprawdę niesamowity, kraj, ludzie, przyroda i naprawdę warto tam pojechać. Ambasada Polski w Tbilisi zorganizowała bardzo dobrze cały powrót, Zadbała o wszystko. Zapewniła pożywienie podczas podróży, zapewniła transport, zadbało o to, żeby wszystko przebiegało w jak najlepszej atmosferze. Nie można nic złego powiedzieć. Cała ewakuacja przebiegała naprawdę doskonale. Na rowerze spędziłem 88,43h i w tym czasie udało mi się przejechać 1254km. Mimo tego, że wyprawa została skrócona o prawie 3 tygodnie uważam ją za bardzo udaną.