09.08.2008 - Sobota


Nie ma to jak noc w łóżku, spało się idealnie. Rano pogoda średnio zachęcająca, ale wstałem około 9:00. Nie musiałem zwijać namiotu i innych rzeczy więc bardzo szybko byłem gotowy. Przed odjazdem dostałem kawę, która coś mi zaszkodziła i miałem lekkie problemy z poruszaniem z powodu bólu brzucha, tak to jest jak się pije kawę na pusty żołądek. Już miałem ruszać, ale okazało się, że niebawem dostane śniadanie i koniecznie mam zaczekać. Skoro tak to nie wypada jechać nic mi nie pozostało tylko czekać. W miedzy czasie gospodarze rozładowali ciężarówkę pustaków. Na śniadanie były pieczone kartofle, ta ten sam miszmasz co wieczór wcześniej na kolacje, ser, chleb. Proponowano mi wino, ale zrezygnowałem z takich atrakcji, bo jakoś po winie na rowerze się jeździć nie chce, a tego dnia miałem w planach zrobić sporo km. Ruszyłem w okolicach 11. Zaraz po starcie zatrzymałem się, żeby zjeść tabletki przeciwbólowe, które na szczęście szybko zadziałały i po chwili byłem już całkowicie sprawny. Pogoda od rana nie była najlepsza, na niebie były chmury nie było zbyt ciepło. Przyodziałem długie spodnie. Jazda w stronę Tbilisi nie sprawiała żadnych problemów, jechałem w dół rzeki i do tego był idealny asfalt i głównie z górki czasami były niewielkie podjazdy. Zastanawiałem się gdzie uda mi się dojechać tego dnia czy będzie to może Armenia czy tylko Tbilisi czy jeszcze coś innego. Tego dnia został wprowadzony stan wojenny w Gruzji. Tomek i Paweł postanowili pojechać do Kazbegi. Ja też chciałem jechać, bo wiadomo ciekawe miejsce, ale co innego chcieć a co innego móc. Z powodu zaistniałej sytuacji wolałem zrezygnować, bo z jednej strony granicy z Osetią a z drugiej z Rosją i kilka niezależnych osób odradzało mi to miejsce akurat wtedy. Stwierdziłem, że nie ma co ryzykować i najrozważniej będzie pojechać do Armenii a tam przeczekać sytuacje w Gruzji i wrócić na samolot. Gdy tak jechałem w stronę Tbilisi dostałem sms-a o treści, że Ambasada Polski pilnie prosi o kontakt. Od razu zadzwoniłem, ale nie było to łatwe (jedna sieć kom. w ogóle nie działała a druga tylko czasami) po kilku próbach się udało. Okazało się, że Ambasada organizuje ewakuacje dla polaków i następnego dnia rano będzie odlot. Bez ponoszenia kosztów i pytanie brzmiało czy jestem zainteresowany takim rozwiązaniem, bez zastanowienia stwierdziłem, że jak najbardziej. Więc teraz nic mi nie pozostało tylko jak najszybciej udać się do Tbilisi. Gdybym miał pewność, że uda mi się 28 sierpnia (na ten dzień miałem wykupiony bilet) uda mi się wrócić do domu bez żadnych komplikacji oraz, że bez żądnych problemów uda mi przekroczyć granicę Armenia – Gruzja. To się zastanawiał i być może pojechał do Armenii a później po prostu wrócił do kraju, ale pewności takiej nie miałem wiec stwierdziłem, że za dużo niewiadomych (bo nie wiadomo jak się cała ta sytuacja rozwinie) i najlepszym rozwiązaniem jest powrót do domu. Poinformowałem chłopaków, że następnego dnia wracam i, że oni też mogą. W stronę Tbilisi jechało się bardzo dobrze. Po drodze zrobiłem sobie mały postój na szaszłyka za 6Lari + 1Lari za lemoniadę, było bardzo dobre, ale zdecydowanie się nie najadłem jak dla mnie zdecydowanie za mało. Gdy tak jechałem w ogóle nie było widać tego, że został wprowadzony stan wojenny, ludzie żyli swoim życiem codziennym życiem, kosili trawę. Marszutki i auta jeździły w kierunku Kazbegi jak gdyby nigdy nic, może było ich trochę mniej, ale mimo wszystko. Nieco bliżej Tbilisi ludzie zaczęli wychodzić na ulice a na płotach wywieszali gruzińskie flagi. Ja jako obserwator z zewnątrz jako tako nie odczułem ani nie zauważyłem niczego szczególnie niezwykłego (jakiejś paniki czy innych zachowań). Bez żadnych problemów pokonałem Gruzińską drogę wojenną i dojechałem do dwupasmówki z Gorii na niej duży ruch więc postanowiłem, że pojadę przez Mtskhetę mimo, że trochę dalej to omija się w pewnej części główną drogę. Robiło się już coraz później a ja przed wjazdem do Tbilisi miałem już przejechane praktycznie 100km. Udało się dotarłem do miasta teraz trzeba znaleźć ambasadę i dowiedzieć się co i jak z ewakuacją i o której. Miałem adres i wiedziałem, że mam się kierować na parlament. Popytałem ludzi i jechałem, okazało się, że mam sporo kilometrów do przejechania. Gdy tak sobie jadę patrzę a obok mnie Paweł. Musieli złapać transport z Kazbegi, żeby dojechać do Tbilisi za, który podobno zapłacili całkiem sporo, później zadzwonili do Polsko – Gruzińskiego małżeństwa (spotkanego w Batumi) i tak dotarli i mnie dogonili. Ja pojechałem do ambasady a oni do tej rodziny. Stwierdziłem, że chce wiedzieć gdzie jest ambasada, żeby następnego dnia nie szukać po za tym chciałem się wszystkiego dowiedzieć. Już przy samej ambasadzie na głównej ulicy spotkałem parę z Argentyny próbowali najprawdopodobniej pozyskać jakieś środki na naprawę swojego motoru. Jakoś udało mi się dotrzeć do ambasady, ale nie było to takie proste. Tam spotkałem dwójkę polaków z gdańska. Miałem iść z nimi na kwaterę, ale mieli mapę i okazało się, że rodzina u której jest Paweł i Tomek mieszka ulicę dalej za kwaterą. Poszedłem do nich i akurat załapałem się na kolacje. Na głównej ulicy tego wieczora odbywała się manifestacja. Wiedziałem, że jest to ostatni wieczór spędzony w Gruzji. Zostaliśmy ugoszczeni dostaliśmy kolacje i oczywiście wino i toasty. Początkowo z szklanek, później z małego Roga, następnie z takiego wielkiego, że trzeba było pić na stojąco, ciekawe przeżycie. Wieczorem przepakowałem sakwy, z 4 zrobiłem dwie, kaszki zostawiłem naszym gospodarzą. Tego ostatniego wieczora zostaliśmy niezwykle ugoszczeni i nasi gospodarze pomogli nam w dużej mierze. Przenocowali nas a następnego dnia odprowadzili nas do ambasady. Ja osobiście będę bardzo miło wspominał pobyt u tej rodziny. Wino i ponad 100km dało się we znaki i poszedłem spać ok. 12 i byłem naprawdę zmęczony myślałem, że nie będę miał problemów z spaniem, ale okazało się inaczej.

Dystans: 115km
Czas jazdy: 6.08h
Prędkość średnia: 18.9km/h
Max speed: 47.6km/h


<--- back --->