07.08.2008 - czwartek


W nocy wpakował mi się kot do łóżka i spał w moim śpiworze a ja bez, ale na szczęście było ciepło. Nawet jak go przegoniłem to wrócił i spał ze mną. Rano były idealne warunki więc zjadłem sobie kaszkę i w miarę sprawnie wydostałem się z budynku. Okazało się, że część do motoru jednak została źle naprawiona i chyba nic z tego. Znów wszystko do windy i na dole montaż. Na dole w sklepie kupiłem chleb za 0,7Lari i ruszyłem w kierunku Mtskhety. Wyjazd z miasta zajął mi sporo czasu i w końcu dowiedziałem się jak się to czyta Mtskheta czyli CHETA czy coś w tym stylu. Najgorzej było wyjechać z miasta bo spory ruch za miastem już całkiem dobrze, bo droga szeroka i do tego sporo pobocza więc pomału pomykałem w kierunku Mtskhety. Dojazd nie zajął dużo czasu, na miejscu ubrałem długie spodnie i udałem się do środka, porobiłem trochę zdjęć i już miałem ruszać patrzę a tam oni. Zdziwiłem się mocno. Paweł jak to Paweł miał pretensje, że zmieniłem trasę, ale w sumie było mi to totalnie obojętne. Ruszyliśmy razem bo i tak wiedziałem, że za chwilę będę jechał sam. Ostatecznie oni pojechali zwiedzać jakaś drugą cerkiew a mi już się nie chciało ubierać długich spodni, bo była mała. Pojechałem dalej a na górce była stara baszta więc udałem się do baszty a oni w tym czasie pojechali chyba dalej. Miałem małe problemy aby trafić na odpowiednią drogę w kierunku Kazbegi bo oznakowanie fatalne, ale jakoś się udało trafiłem na główną drogę z Tbilisi do Gori. Musiałem nią kawałek jechać w tym czasie mijało mnie masa wojska. Głównie żołnierze na ciężarówkach. Mieli ciekawe miny jak mnie mijali chyba pierwszy raz widzieli takiego dziwaka. Strasznie się dziwiłem po co tak dużo wojska. Wcześniej mijałem jakieś pojedyncze patrole czy ciężarówki a teraz masa. Nie wiedziałem co się dzieje, ale teraz już wiadomo o co chodziło. Ja pojechałem w kierunku Kazbegi a oni w kierunku Gori (wojsko). Po zjeździe z głównej drogi ruch zdecydowanie mniejszy. Zjechałem i prawie od razu był wodopój stwierdziłem, że nabiorę sobie wody i dopompuje powietrza, bo wydawało mi się że mam mało. Miałem super szczęście wyrwałem wentyl. Wydobyłem z sakwy rękawiczki lekarskie i wymiana dętki poszła szybko i sprawnie. Ruszyłem dalej w kierunku Kazbegi. Początkowo po płaskim przez wioski a później powoli zaczynało się robić stromo. Tego dnia było zdecydowanie upalnie i do tego jeszcze te podjazdy to już całkiem przyjemnie. Przed Zhinvali zrobiłem sobie postój na jedzenie pod drzewem w cieniu. Posiliłem się i ruszyłem dalej na podbój świata. Do Zhinvali prawie cały czas po płaskim a później zaczął się podjazd. Jechałem i jechałem słońce grzało a ze mnie lał się pot. Coraz bardziej stromo po prawej wielkie jezioro, aż chciało się do niego wskoczyć. Powoli brakowało mi wody. Dojechałem do leśnego baru, tam na zewnątrz był kranik wodą więc zajechałem aby napełnić butle. Gdy miałem ruszać zostałem zaproszony na obiad przez turystów z Izraela. W sumie kilku turystów z tego kraju spotkałem w Gruzji. Bardzo się ucieszyłem, bo ten podjazd mnie wymęczył. Posiedziałem pogadałem z nimi było miło i przyjemnie. Objadłem się za wszystkie czasy, a na drogę dostałem kiszone ogórki i chleb. Po jakimś czasie ruszyłem dalej do Ananuri dokładnie nie wiem czy to była cerkiew czy jakaś stara twierdza, ale przed nią spory długi zjazd a dodatkowo w dole jezioro świetnie to wyglądało. Na miejscu porobiłem zdjęcia poszedłem do środka i przy okazji dogoniłem turystów z Izraela. Zobaczyłem co miałem zobaczyć i ruszyłem dalej. Tego dnia przejechałem jeszcze kilkanaście kilometrów, ale cały czas czułem, że jestem przejedzony. Znalazłem nocleg w Menso za pierwszym razem. Przy bramie stały dwie kobiety, które nie do końca umiały po rosyjsku, po chwili zastanowienia się zgodziły. Namiot rozbiłem koło kupy siana. Jakby tego było mało dostałem kolacje. Chleb ogórki i ten masakrycznie słony ser, który zdecydowanie nie przydał mi do gustu. Smakował tak jakby się jadło sól łyżką. W tym domu mieszkała mała dziewczynka Miriam i nie umiała się nadziwić dlaczego chodzę w niezapiętych sandałach. Wieczorem dzieci sąsiadów przyszły po chleb bo właściciel domu rozwoził go po sklepach i najwidoczniej mu zostawało. Niesamowicie gościnni ludzie. Tego dnia niesamowite widoki i do tego niesamowici ludzie, ale w Gruzji to i to to norma.

Dystans: 73km
Czas jazdy: 4.24h
Prędkość średnia: 17.2km/h
Max speed: 44.1km/h


<--- back --->