06.08.2008 - Środa


Noc w lesie to zdecydowanie nie to co lubię najbardziej. Co chwilę się budziłem, bo nie dość, że był spory ruch to dodatkowo ten leśny bar był czynny chyba całą noc. Rano szybko się spakowałem i pojechałem, a oni zostali żeby zjeść śniadanie. Mieli jeszcze policyjna kiełbasę. Ja kawałek dalej postanowiłem sobie zrobić kaszkę nad jakimś jeziorem. Rano pogoda średnia, niebo zachmurzone. Skończyłem kaszkę to oni akurat przemknęli do przodu a ja zostałem w tyle. Tego dnia cały czas drogą w kierunku Gori. Jechałem swoim tempem a oni zdecydowanie przodem. W pobliskim sklepie kupiłem batoniki za 1,2Lari każdy i wodę za 1Lari. Niestety cały czas główną drogą, niesamowity ruch i do tego wszyscy trąbią, ale nie było wyjścia i jakoś pomału do przodu się posuwałem. Za jakiś czas kupiłem sobie loda za 1lari i kilogram różnych owoców za 2lari. Jechało się bardzo dobrze. Szybko dojechałem do zjazdu do Gori. Oczywiście ich nie było i na mnie nie czekali, bo po co czekać na wjeździe, w mieście dużo łatwiej się znaleźć. Pomknąłem do miasta super długi zjazd. W centrum na górce ruiny twierdzy, które było widać z daleka, ale miałem problemy żeby znaleźć wjazd. Ostatecznie trochę pobłądziłem i zostawiłem rower u jakichś ludzi na podwórku i poszedłem tam na piechotę. Z góry fajny widok na miasto. Było widać ratusz i pomnik Stalina przed. Przynajmniej wiedziałem gdzie pojechać. Porobiłem trochę zdjęć i poszedłem odzyskać rower i pojechałem dalej pod ratusz tam zrobiłem zdjęcie. Ruszyłem dalej, ale zobaczyłem piekarnie więc nie mogłem przejechać obojętnie. Kupiłem sobie pączki i chleb za 2Lari. Pączki były jeszcze gorące, że aż się poparzyłem z jakimś dziwnym kremem w środku nie były najlepsze ale dobre. Po chwili ruszyłem dalej. W planach miałem jechać do skalnego miasta a później boczną drogą do Mtskheta, ale po wcześniejszych doświadczeniach z bocznymi drogami stwierdziłem, że nie ma sensu, bo w skalnym mieście już byłem. A główna droga biegła doliną a na południu same góry wiec stwierdziłem, że boczna droga będzie biegła górami i pewnie nie będzie miała asfaltu. Wróciłem na główną drogę i kierowałem się w kierunku Tbilisi. Za miastem zrobiłem sobie dłuższy postój pod drzewem na jedzenie. Ruszyłem i jadę sobie i jadę a tu nagle zatrzymuje się auto. Jak się później okazało Sasza, który w Tbilisi prowadzi hostel w którym za darmo można zamieszkać. Ostatecznie zabrał mnie do auta do Tbilisi do swojej siedziby. Słuchał Pink Floyd-ów. W okolicach stolicy był nawet kawałek dwupasmówki. Tego dnia miałem w planach dojechać do Mtskhety i tam gdzieś spać, ale plany się zmieniły wylądowałem w hostelu u Saszy. Rower i wszystkie graty windą na górę i do środka. A tam dwójka z Argentyny, która podróżuje na motorze tylko obecnie motor im się zepsuł i starają się go naprawić. Wyruszyli 6 lat temu z Argentyny i jeżdżą gdzie się tylko da. Byli w Afryce a nawet w Polsce, a żeby tego było mało mają ze sobą psa Trico i facet wozi go za koszulą. Ich strona internetowa to http://porsiemprelamoto.terapad.com/. Zastanawiałem się czy nie pojechać do Armenii skoro już jestem w Tbilisi a później jak starczy czasu zrobić resztę trasy w Gruzji, bo już postanowiłem, że będę jeździł sam, bo nie ma się co denerwować. Spędziłem miły wieczór i nawet kolacje dostałem. W Gruzji można spotkać naprawdę masę wspaniałych ludzi.

Dystans: 69,04km
Czas jazdy: 3.40h
Prędkość średnia: 20.3km/h
Max speed: 55.7km/h


<--- back --->