04.08.2008 - Poniedziałek
Z racji tego, że wieczorem wypiłem trochę wina spało się idealnie i nawet mrówki i inne robactwo w niczym nie przeszkadzało. Wstałem ok. godziny 9 w miarę szybko spakowałem wszystkie graty i wyruszyłem ok. 10 w kierunku Ambrolauri. Od samego rana straszny upał, ale już chyba powoli się do tego przyzwyczaiłem. W planach miałem zamiar przy pierwszym źródełku zrobić sobie kaszkę tylko jakoś tak niefortunnie się złożyło, że nie było żadnego źródełka. Dojechałem do Ambrolauri i w pierwszym sklepie kupiłem 4 kołaczki, loda i czekoladę wszystko za 3,6 Lari. Oczywiście byłem tak głodny, że zjadłem wszystko od razu. W tym mieście produkują jakieś super wino, ale nie wiem dokładnie jakie, podobno pychotka. Tego dnia upał a do tego cały czas podjazd i podjazd i końca nie widać jakoś wybitnie nie chciało mi się jechać więc co kilka km robiłem sobie postoje. Jak widać zmiana trasy nie wyszła mi do końca na dobre. Przynajmniej im wyżej tym lepsze widoki były. Około 13 zrobiłem sobie nieco dłuższy postój na kamieniach pod płotem i gdy tak sobie siedziałem zatrzymał się jakiś samochód. Na moje szczęście oczywiście. Okazało się, że jadą w tym samym kierunku co ja więc zabrali mnie bez żadnego problemu. Przewozili jakieś kiełbasy a teraz razem z nimi mój rower. Auto było sprowadzane z Anglii bo miało kierownice po prawej. W sumie w Gruzji dużo tego typu aut. Oczywiście był to ford transit. Jechali do Tbilisi i chcieli mnie zabrać gdyby nie to, że zależało mi na tym aby zobaczyć w Kutaisi obiekty UNESCO to może bym się zdecydował. Cieszyłem się jak dziecko, że mnie zabrali, bo praktycznie cały czas w górę masakra. Z tym, że widoki super. Po drodze postój na jedzenie. Kupili mi jakieś placki kukurydziane z dodatkiem białego masakrycznie słonego sera. Zjadłem takie dwa i miałem dość a później jeszcze szaszłyki. Najadłem, że okropnie i w drogę do Tkibuli. Tam chciałem wysiadać i jechać w kierunku Kutaisi, ale jakoś tak dziwnie się złożyło, że wysadzili mnie na głównej drodze Kutaisi – Tbilisi. Może i lepiej, bo tamta podobno wąska i górzysta. Po drodze uczyli mnie słówek po gruzińsku, ale mieli przy tym nieziemski ubaw więc wydaje mi się, że to jakieś dziwactwa były. Wysiadłem i ruszyłem o własnych siłach już w właściwym kierunku, z tym że dość spory ruch i masakrycznie silny wiatr. Coś tego dnia miałem pecha, ale nie do końca, bo przejechałem kilka km i zatrzymało się kolejne auto. Wpakowałem się do środka i migiem byłem w Kutaisi. Wypakowałem się z auta i musiałem na nowo zakładać wszystkie toboły na rower. Ludzie się patrzyli jakby w życiu nie widzieli rowerzysty. Poszło szybko i sprawnie teraz stwierdziłem, że udam się w odpowiednim kierunku, żeby zobaczyć UNESCO. Początkowo pytałem o katedrę, ale ludzie nie do końca wiedzieli o co mi chodzi więc stwierdziłem, że pojadę do klasztoru Gelati a kolejnego dnia do katedry. Okazało się, że ten klasztor jest jakieś 15km za miastem i do tego sporo podjazdów i zjazdów. Ostatecznie na obrzeżach miasta stwierdziłem, że chyba lepiej i szybciej będzie zostawić u kogoś rower a pojechać na stopa. Spotkałem na ulicy dwóch chłopaczków, ale odradzili mi ten pomysł mówiąc, że rowerem będzie znacznie szybciej, ale było ciągle pod górę i jakoś wcale szybko się nie jechało. Kawałek dalej jakiś facet zrywał jabłka, chwilę z nim pogadałem i ostatecznie zostawiłem rower u niego na podwórku. Zostałem też zaproszony na kolacje, ale stwierdziłem, że jak wrócę bo teraz już dość późno. Zostawiłem rower i poszedłem. Myślałem, że nie będzie najmniejszego problemu, ale wcale nie było tak łatwo jak się wydawało. Stałem i stałem ostatecznie pojechałem kawałek marszutką. Później z 2km jakimś autem i stałem i stałem i nic dopiero doczekałem się na marszutkę zajechałem na miejsce ale powoli robiło się już ciemno. Okazało się, że to ostatni transport tego dnia. Chwilę pochodziłem nawet arbuza dostałem. Porobiłem zdjęcia i trzeba było wracać. Stwierdziłem, że nie ma co tylko idę pieszo. Do głównej drogi podreptałem a tam też sporadyczny ruch. Więc sporo powrotnej drogi pokonałem na piechotę, ale udało mi się zatrzymać jakieś auto. Dojechałem na miejsce i nawet nie pomyliłem domów. Praktycznie na miejscu spotkałem swoich towarzyszy wyprawy widziałem jak mkną pod górę, ale kierowca tak szybko przejechał, że nie zdążyłem zareagować a jakoś też nie specjalnie mi zależało. Na miejscu od razu zostałem zaproszony na kolacje. Stwierdziłem, że zapytam czy mogę rozbić namiot. Okazało się, że będę spał w domu i to żaden problem. Więc kolacja wino i rozmowa. Właściciele mają swoją winnice i sami produkują wino. Tego dnia piłem czerwone wyśmienite. Dostałem 1,5 litra na jutro. Wieczorem po kolacji zaproponowali wyprawę do miasta aby zobaczyć katedrę. Po drodze jeszcze lody. Okazało się, że katedra jest na górce i że właściwie są to ruiny, które teraz są odbudowywane, ale i tak miałem problemy aby wejść do środka, bo nie miałem długich spodni, ale jakoś się udało. W mieście był jakiś koncert. Po powrocie jeszcze herbata i spać. Tego dnia cały czas miałem przyjemność przemieszczać się drogami asfaltowymi.