03.08.2008 - Niedziela
Pobudka około 9, ale nie spało się najlepiej łóżko było na sprężynach gdy się na nim położyłem strasznie się zapadło a głowę miałem jakoś strasznie wysoko, ale nie ma co narzekać jakoś się spało. Praktycznie wszystko miałem spakowane więc mogłem prawie od razu ruszać. Dostałem jeszcze przed wyjazdem kawę i ciastka. Pożegnałem się z gospodarzami i ruszyłem w kierunku Kutaisi. Praktycznie zaraz po starcie nad rzeką w altance postanowiłem sobie zrobić kaszkę, bo jakby nie było trzeba coś jeść i nie ma co z pustym żołądkiem jeździć. Z rana miało się na deszcz więc wdziałem swoje szeleszczące spodnie. Jechałem cały czas w dół rzeki z chwili na chwilę robiło się cieplej a wręcz upalnie. Od Lentekhi miałem przyjemność jazdy po asfalcie z tym, że nie był on idealny raz był a raz go nie było. Stwierdziłem, że skoro oni się tak czy inaczej nie odzywają to zmodyfikuję sobie drogę trasę i pojadę do Kutaisi, ale od innej strony. Nie wiem czy była to najlepsza decyzja, bo zamiast jechać w dół rzeki pojechałem w górę i znów podjazd do Orbeli po skręcie znacznie gorszy asfalt. W sumie dość spory podjazd, ale całkiem szybko go pokonałem. Tym bardziej, że już pod sam koniec zatrzymał się jakiś facet dżipem początkowo myślałem, że chce mi zabrać rower i mnie, ale później okazało się, że weźmie mi tylko sakwy co i tak było bardzo pomocne. Dałem mu tylko przednie i jechało się nieziemsko śmiesznie. Nie umiałem się przyzwyczaić i początkowo myślałem, że się zaraz wywalę, ale jakoś się udało. Na szczęście nie miałem już zbyt daleko na przełęcz. Na górze zrobiłem sobie małą przerwę. Zorientowałem się, że benzyna mi się wylała nie wiem czemu, ale opanowałem sytuacje. Później w dół z tym, że już po kamieniach i praktycznie zero asfaltu. Dalej już po dziurach, ale na szczęście znów w dół rzeki w dół. Trochę pomyliłem trasę, ale szybko odnalazłem właściwą. W pewnym miejscu patrzę a tam autobus w rzece. I ja jakieś dzieci go myły. Za kawałek postój przy źródełku w cieniu. Przy okazji jakiś facet przyszedł i sobie z nim trochę pogadałem i później dalej. Później już tylko w kierunku Ambrolauri, jakoś nie umiałem wymówić tej nazwy niby nie skomplikowana, ale jakoś miałem z tym problemy. Tam po drodze cały czas winnice i straszny upał jakoś strasznie ciężko mi się jechało i byłem nieziemsko zmęczony. Więc przed Ambrolauri stwierdziłem, że nie ma się co męczyć i trzeba poszukać jakiegoś miejsca na nocleg. Udało się za pierwszym razem w jednej z winnic. Dostałem 1L wina bardzo dobre, znacznie lepsze niż te co miał Tomek (tamto smakowało jak woda z ogórków) a to jak wino. Było jeszcze dość wcześnie a ja zdecydowanie nie do życia więc położyłem się pod drzewem w jednej ręce książka w drugiej wino i tak sobie leżałem popijałem i czytałem rewelacja. Przy rowerze i pod drzewem przy którym leżałem masa mrówek, ale wcale mi to nie przeszkadzało. Właściciel sobie chodził po podwórku, ale zbytnio się mną nie interesował i na szczęście miał wielki płot więc w ogóle nie było mnie widać więc nie było, żadnego zbiegowiska jak zazwyczaj. Zrobiło się ciemno więc udałem się na spoczynek.