01.08.2008 - Piątek
Jak można się domyślić i tej nocy była burza i ulewa, bo w sumie to już żadna nowość, że codziennie takie cuda się dzieją. Całkowicie się do tego przyzwyczaiłem, miałem tylko nadzieje, że rano będzie super słońce i idealny widok na Ushbę, niestety było nieco inaczej, ale co poradzić. Widoczność nienajlepsza, ale pogoda do jazdy idealna chłodno i brak deszczu. Przed startem pożegnanie z Nicolą i ruszyłem w poszukiwaniu chleba. Okazało się, że to nie lada wyzwanie. Poszedłem do wszystkich sklepów w „centrum” wioski o ile w ogóle można mówić o jakimkolwiek centrum, ale niestety chleba nie było, ale zostałem skierowany do sklepu na obrzeżach bo tam na pewno będzie chleb. Niestety sklep był zamknięty. Ostatecznie kupiłem dwa chleby po 1Lari każdy od jakiegoś faceta, nie wiem czy on piekł chleby na całą wioskę czy po prostu miał zapas, ale byłem szczęśliwy mając dwa świeże chleby w ręce. Co prawda miałem problem aby je upakować do sakwy, bo były dość spore rozmiarem, ale jakoś je upakowałem i ok. 9 byłem gotów do drogi. Ruszyłem w kierunku centrum a dalej w kierunku Ushguli. Mimo, że Mestia była położona dość wysoko droga do Ushguli pięła się w górę więc z samego rana czekało mnie nie lada wyzwanie i spory podjazd. W między czasie czatowałem na dogodne miejsce aby zrobić sobie kaszkę. Droga była zdecydowanie znacznie gorsza niż ta do Mestii. Stroma i po kamieniach, ale pomału, pomału i do przodu a właściwie pod górę. Ostatecznie zrobiłem sobie postój na chleb z czekoladką, bo stwierdziłem, że skoro mam taki super chleb to trzeba go zjeść i tego dnia odpuściłem sobie kaszkę. Trasa biegła raz w dół raz w górę po marnej nawierzchni i sporym lub jak kto woli mokrym i paskudnym błocie. Po drodze mijałem jakichś lokalnych drwali i powiedzieli mi, że do Ushguli to strasznie blisko i w 3h spokojnie zajadę. Trochę się zdziwiłem, ale ucieszyłem. Choć jazda szła zdecydowanie opornie, bo droga marna dodatkowo błoto i kamienie. Gdy tak sobie jechałem, dojechałem do rzeki. Początkowo myślałem, że da się ją jakoś objechać górą, bo była tam jakaś droga, ale zapytałem faceta, który akurat tamtędy przechodził i stwierdził, że trzeba przez rzekę. Ta rzeka to bardziej rwący potok niż rzeka, ale nie wiedziałem czy jest głęboki czy jaki, ale nie wyglądało to dobrze. Przez chwilę zastanawiałem się czy ryzykować i jechać czy może zdjąć buty i próbować na boso. Zdecydowałem się bez butów. Buty na kierownicę i jazda. Była to zdecydowanie najlepsza decyzja tego dnia. Okazało się, że to coś jest naprawdę głębokie i do tego prawie mnie porwało z moim rowerem, ale jakoś przeszedłem. Gdy ubierałem buty przejeżdżał bus i miał ten sam dylemat. Jechać nie jechać? Jakoś mu się udało i przejechał. Teraz kawałek po płaskim a dalej las i porządnie stromy podjazd a na górze dwie drogi, nie wiedziałem gdzie jechać. A nie chciałem, później się wracać. Więc stwierdziłem, że poczekam na jakieś auto i się zapytam. Jak na złość akurat teraz nic nie chciało jechać. Siedziałem z 20 minut. A z krzakiem czaiła się krowa, pewnie czatowała na moją menażkę, ale nie oddałem. Powiedzieli mi, która droga jest dobra, ale stwierdzili, że nie przejadę tamtędy, ale jeszcze nie wiedziałem dlaczego. Stwierdziłem, że na pewno się uda, bo jakże inaczej. I pojechałem w odpowiednią stronę. W Bogreshi oczywiście musiałem zapytać gdzie się znajduję, bo nie było żadnej tabliczki, facet stwierdził, że w nocy była wielka ulewa (bo była) i zeszła lawina błotna i mogę nie przejechać. Autem na pewno się nie da a nie wiedział jak na rowerze. Stwierdził, że to nie tak daleko stąd i jak coś to spokojnie u niego mogę zostać na noc. W tej samej wiosce spotkałem też jakiegoś niemieckiego turystę na rowerze. Pocieszył mnie bo powiedział, że przejechać się nie da ale spokojnie można przenieść rower przez krzaki i da radę. Dalej w miarę po płaskim wzdłuż rzeki. Jechałem i jechałem i żadnego błota nie było. Nagle patrzę stoi jakieś auto a na trawie jacyś ludzie i nawiedzony facet z kamerą celował prosto we mnie tak jakby to w życiu rowerzysty nie widział. Dojechałem i mówią mi, że nie ma szans nie przejadę. Mam zawracać i w ogóle, że zdecydowanie nie. Byli to turyści z Izraela. Chwilę z nimi pogadałem i stwierdziłem, że tak czy inaczej jadę dalej. Błota było sporo więc teraz trzeba było zlokalizować odpowiednie krzaki i miejsce gdzie trzeba przenieść rower. Wepchałem go pod górkę, ale stwierdziłem, że najpierw zlokalizuje i zobaczę co i jak a później wrócę po moją maszynę. Poszedłem strasznie daleko prawie do źródeł rwącej rzeki, która była przyczyną tego całego zamieszania a okazało się, że to tu zaraz blisko jest przewalony płot i wystarczy tam zejść i już. Całe poszukiwania zajęły mi z 20 minut a może i więcej, ale sobie pozwiedzałem pobliskie chaszcza. Wróciłem po rower i trzeba było go wepchać pod górkę a później w dół przez krzaki i błoto do tego strumienia. Nawet nie trzeba było zdejmować sakw po prostu przejechałem sprawnie jak nie wiem co. I już byłem po drugiej stronie. Cieszyłem się jak dziecko, że nie musze się wracać i dodatkowo że jestem jedyną osobą tego dnia, której udało się przejechać tą drogą (po za niemieckim turystą, ale on się nie liczy bo ruszył z Mestii pojechał do Ushguli i wracał do Mestii). Podczas tej szalonej przeprawy jedynie moje buty minimalnie ucierpiały, bo nabrało się do nich trochę wody i błotka. Dalej z racji tego, że byłem w Swanetii sporo malowniczo położonych wiosek z wieżami. Do tego coraz lepsza pogoda słonko i doskonała widoczność się robiła. Nic tylko się cieszyć. Jedynie na drodze masa błota, ale sunąłem pomału do przodu. Raz w górę a raz w dół. Widoki świetne. Późnym popołudniem spotkałem ludzi, którzy objechali całość przez Zugdidi i jechali w kierunku błota i pytali się czy ktoś przejechał i jak wygląda sprawa. Więc im powiedziałem co i jak chyba najszczęśliwsi nie byli, ale pojechali dalej. Jestem już coraz bardziej zmęczony a na koniec przed samą wioską i celem mojej podróży tego dnia spory podjazd. A na górce już przed samą wioską stał wielki czarny byk. Ciekawe zjawisko. Popatrzył się na mnie, ale zdecydowanie nie chciał mnie pogonić, po prostu się popatrzył i tyle a ja pojechałem dalej. Wreszcie dotarłem do celu. Osobiście uważam, że Ushguli jest dużo piękniejszym miejscem dużo bardziej malowniczo położonym i Mestia się może schować do piwnicy i nie wychodzić. Sporo starych baszt do tego w tle Shkhara. Naprawdę pięknie i zdecydowanie mnie tam turystów, bo znacznie trudniej tam dojechać. Na sam koniec masakrycznie stromy podjazd, że musiałem pchać rower. Rozglądałem się za dogodnym miejscem na nocleg, jakaś kobieta powiedziała, że mogę się rozbić koło wieży na górce, ale jakoś wysoko mi tam było. Stwierdziłem, że zapytam jeszcze w sklepie z pamiątkami. Za 10 Lari nocowałem u policjanta na podwórku. Miałem dostęp do wody i byłem bezpieczny. Pewnie jakbym się uparł bez problemu mógłbym nocować za darmo, ale stwierdziłem, że skoro tu tak super to wesprę miejscowych ludzi, bo to taki trochę koniec świata. Właściciel miał strasznie fajnego i wielkiego psa prawie jak niedźwiedź, ale nie groźny. Oni się w ogóle nie odzywali więc stwierdziłem, że skoro tak to będę sobie jeździł sam. Wieczorem świetny widok. Koniecznie trzeba odwiedzić to miejsce rewelacja jakich mało.