15.07.2009 - Środa


Dolecieliśmy w jednym kawałku. Poszło szybko i sprawnie tylko, że jeszcze nie zaczęliśmy jeździć na rowerze, którego nawet nie miałem a już byłem wystarczająco zmęczony, uroku podróży po nocach. Lotnisko w Erewaniu w sumie średnio ciekawe wygląda jak stary niedokończony komunistyczny moloch. Tak czy inaczej byliśmy na Armeńskiej ziemi więc potrzebna była wiza. Mam nie miłe wspomnienia z załatwiania wizy z poprzedniego roku, gdzie to trwało prawie cały dzień. Ciekaw byłem jak będzie w tym roku. Cena wizy 15 000 armeńskiej waluty. Czyli ok. 30Eu tylko o dziwo na kartce przy okienku było napisane, że płacąc kartą wiza kosztuje 10 000 tylko, że nie wiem kogo to dotyczyło, bo na pewno nie mnie chciałem zapłacić kartą i tak czy inaczej cena nie uległa zmianie. W kantorze po całkiem sensowym kursie wymieniłem sobie 60eu czyli miałem ok. 30 000. Załatwienie formalności wizowych to chwila moment. Trzeba mieć wypisany wniosek, doskonale wiedziałem jak go wypisać bo robiłem to rok wcześniej więc nie było problemów. W okienku tylko musiałem dopisać gdzie dokładnie jadę więc dałem wizytówkę z ambasady i było. Po chwili miałem wizę i mogłem iść dalej. Kontrola paszportów odbywała się jak na poczcie wyświetlali numerki i szło się do odpowiedniego okienka śmieszna sprawa, ale przynajmniej nie było bałaganu. Przed pójściem do odpowiedniego okienka każdy był nagrywany specjalną kamerą nie wiem po co, ale tak było. Bagaż już czekał był w jednym kawałku. Z tym, że nie było roweru Wojtka był w jakimś innym miejscu. Oczywiście zdzierstwo na całego za wózek bagażowy trzeba było zapłacić nie dużo, ale trzeba było, nie miałem wyjścia, bo mój torbo worek był duży i ciężki. Po wyjściu z lotniska od razu przyleciał jakiś taksówkarz jak to na lotniskach bywa totalna norma, że zdzierają na taksówkach. Było wcześnie byliśmy zmęczeni a do ambasady było jakieś 7 do 10km. Nie było wyjścia trzeba było jechać taksówką. Cena nie była zadowalająca, bo za ten kawałek 4 000. Wpakowaliśmy wszystko do środka jakoś się udało z tym, że obaj musieliśmy siedzieć z przodu. Norma jak to z taksówkarzami z lotniska bywa naciągnął nas bo nie miał wydać i zapłaciliśmy ostatecznie 5 000 a nie 4 000 jak było umówione, ale trudno. Zawiózł nas pod ambasadę choć mimo, że dałem mu adres miał problemy z trafieniem, ale jakoś mu się udało. Pod ambasadą byłem ok. 7 strażnik w budce przed bramą jeszcze spał i był zaskoczony, że ktoś go budzi okazało się że ambasada od 9. Nic nam nie zostało tylko czekać po za tym w między czasie stwierdziliśmy, że przepakujemy sakwy i już się przygotujemy, żeby później nie tracić czasu. Zajęło to ok. 1,5h i było naprawdę męczące. Ostatecznie zostawiliśmy karton z roweru przy drodze. Całe te pakowanie robiliśmy na schodach jakiegoś biurowca. Akurat jak żeśmy kończyli ludzie zaczęli się schodzić do pracy trochę dziwnie się patrzyli, ale nic nie mówili odbyło się bez problemów. Ok. 830 miałem już wszystko gotowe. Stwierdziłem nie ma co trzeba iść zobaczyć do ambasady. Otworzył mi średnio miły pan nie wiem czy to ambasador czy jakiś pracownik, ale nie był zadowolony w ogolę zachowywał się jakby wstał lewą nogą. Tak to już bywa najważniejsze, że rower był na półce w garażu tak jak go zostawiłem rok temu. Miał nawet jeszcze błoto z zeszłorocznej wojny. Byłem zaskoczony. Trochę go opłukałem wyczyściłem no i poszedłem. Chciałem skorzystać z Internetu, ale pan mi powiedział, że mam sobie iść do kawiarenki internetowej ogólnie był niemiły w sumie w polskich urzędach często spotykane. Okazało się, że muszę wymienić dętkę bo wentyl nie wytrzymał tyle czasu i po prostu się odkleił, ale poszło szybko i sprawnie. Zapakowałem wszystko na rower i byłem tak wyczerpany jakbym przejechał co najmniej 200km albo i więcej. Wcale nie miałem ochoty nigdzie jechać jedyne co to miałem ochotę się gdzieś walnąć i sobie pospać, ale przecież nie będę spać pod polską ambasadą, bo jeszcze przyjdzie niemiły pan i będzie coś gadał a po co to komu do szczęścia potrzebne. Więc kupiliśmy wodę i chleb za 500. Udaliśmy się do centrum zobaczyć główny plac. Nawet fajny taki typowo komunistyczny wielki plac wielka ulica wielkie budynki wielka fontanna. Nawet całkiem ładne. Zrobiłem kilka zdjęć i dalej w drogę w kierunku Gerhard. Praktycznie od samego początku podjazd i dodatkowo mimo wczesnej pory straszny upał. Miasto się ciągło i ciągło miałem wrażenie, że nigdy z niego nie wyjedziemy. A ja dodatkowo praktycznie cały rok nie jeździłem na rowerze bo nie miałem na czym. Wiec tym bardziej to był szok. Wyjazd z miasta pod górę po drodze jakieś same warsztaty i zakłady i do tego straszny syf. Daleko żeśmy nie ujechali, bo aż do tablicy z napisem Erewań i Wojtek przebił swoją pierwszą dętkę no to przerwa na wymianę mnie to w sumie pasowało, bo sobie odpocząłem i nawet trochę mi się przedrzemało. Kupiliśmy paliwa do kuchenki ok. 2l za 750. Ogólnie to ciężko mi się przystosować do wyprawowego życia, ciężki rower upał, ale to dopiero pierwsze godziny nie ma się co za bardzo dziwić. Daleko od wszystkiego od cywilizacji od domu od swojego wygodnego łóżka od dobrego domowego jedzenia wszystko inne. Po jakimś czasie stwierdziliśmy nie ma co trzeba odpocząć za miastem był jakiś staw sporo drzew. Początkowo wyglądało to jak prywatna posiadłość byłem tak zmęczony ze stwierdziłem pójdę zapytać czy mogę sobie tam po odpoczywać jak się okazało bez najmniejszego problemu. A to chyba po prostu jakiś park, bo było tam całkiem sporo ludzi. Mała drzemka około 2 godzin w cieniu dopóki nie zaczęły nas atakować jakieś wściekłe armeńskie gryzące muchy czy inne potwory. Jednak taka drzemka to jest to od razu lepiej. Startujemy ok. 17. Okazuje się, że jest długi zjazd w końcu wjechaliśmy trochę pod górę. Świetne widoki i do tego jakiś silny wiatr. W Garni zwiedzamy starą świątynie położoną na zboczu góry. Nawet dość dobrze zachowana a może odbudowana tak czy inaczej wygląda nieźle. Udało nam się za darmo. Ludzi tam całkiem sporo. Kasa na wejściu zaoszczędzona to kupiłem sobie loda za 100 AR. Całkiem pychotka. Później już tylko w górę i w górę jednak męczący dzień. Więc nocleg nieco wcześniej. Zatrzymaliśmy się na chwilę żeby się naradzić przybiegł jakiś syneczek i przyniósł nam worek wiśni. Więc stwierdziliśmy, że zapytamy tam o nocleg. Bez najmniejszego problemu się zgodzili za pierwszym razem. Armenia przywitała nas bardzo miło. Pierwszy nocleg na gospodarza kilka km. przed Gerhard. za pierwszym podejściem. A dodatkowo jakby tego było mało śpimy w domu nawet nie było mowy o rozbijaniu namiotu. Na noclegu się zorientowałem, że Wojtek ma cztery tylne sakwy a ani jednej przedniej i ma z nimi problemy bo mu spadały z przedniego bagażnika. Zrobiliśmy sobie zupkę i herbatę z chlebem na początek. Okazało się, że syneczek, który tam mieszka ma jakiś rower ala z marketu ma Rowana przerzutkę oraz przerwany łańcuch i nie potrafi sobie z tym poradzić. Wzięliśmy skuwacz do łańcucha i na stałe żeśmy mu to zakuli bez możliwości zmiany trochę skrócili i było jaki zadowolony był. Wieczorem przyszedł jakiś dziadek i zaczął z nami gawędzić jak to w tamtych stronach bywa bez wódki się nie obeszło a jak i wódka to jedzenie. Mięso, chleb, fasola, pychotka przez cały wyjazd próbowałem się dowiedzieć jak to jest robione, bo jedliśmy to kilka razy, ale mi się nie udało. Miód prosto z ula razem z pszczołami całkiem słodki smakował trochę jak guma do życia w sensie miał taka konsystencje bo do gumy to mu było daleko, ale się go tak żuło. Miło spędzony wieczór Rozmowy choć Wojtek miał z tym problemy. Śpimy w łóżku mamy cały wielki pokój dla siebie po za tym TV z polską telewizją. No rewelacja, z TV nie korzystamy po prostu polegliśmy. A dziwne bo wieczorem nie ma wody w kranach. Trochę jak w Lwowie tez przerwy w dostawie wody. Jedynie woda w beczce. Rano kolejnego dnia zauważyłem, że woda była i była nabierana do tej beczki butelek i wszystkich możliwych pojemników czyli wychodzi na to, że woda jest tylko do jakiejś godziny a później już jej nie ma. Ciekawe. Tak czy inaczej Armenia przywitała nas bardzo miło, a nawet nie tyle Armenia co ludzie tam żyjący po prostu rewelacja od samego początku mimo pan taksówkarz mimo, że nas naciągnął był całkiem miły i sympatyczny na swój sposób.

Dystans: 42,73km
Czas jazdy: 3,45h
Prędkość średnia: 12,39km/h
Max speed: 45,3km/h


<--- back --->