23.07.2007 - Poniedziałek
Tego dnia wystartowałem dość późno, bo dopiero o 9:30. Nie umiałem się uporać z namiotem (nocleg wśród chaszczy przy strumyku w cieniu (słońce długo chowało się za górą)), więc namiot chcąc nie chcąc, był cały mokry. Jakby tego było mało, ślimaki postanowiły przeprowadzić zmasowany atak na mój namiot (ciekawe czemu? może dlatego, że jest koloru zielono – podobnego? nigdy nie byłem ślimakiem, więc nie wiem co taki ślimak sobie myśli). Musiałem się z tym uporać. No i oczywiście trzeba było się odpowiednio posilić, bo czekał mnie wielki podjazd (kaszka musiała być). Początkowo stwierdziłem, że nawet dość łagodnie się podjeżdża, ale radość ta była zdecydowanie przedwczesna. Dojechałem do bramek, ale na szczęście dla rowerzystów był osobny wjazd i nie musiałem nic płacić. Jedynie jeśli ktoś chciał mógł zapłacić pewna kwotę (nie pamiętam jaką) w automacie na dole i później na górze, dostawał specjalny dyplom potwierdzający wjazd (czy coś w tym rodzaju). Przy bramkach spory ruch, dużo samochodów oraz ludzi.

Pochodziłem, porobiłem kilka zdjęć i jak się okazało, dopiero w tym miejscu zaczynał się właściwy podjazd na najwyższą przełęcz Austrii. Zobaczyłem znak informujący o tym, że czeka mnie 33km 12% podjazdu, co wcale nie było powodem do skakania z radości. No, ale co zrobić, w końcu sam chciałem. Po chwili usłyszałem nadlatujący helikopter (pomyślałem sobie, że najzwyklejszy w świecie patrol). Po chwili zobaczyłem dwie nadjeżdżające karetki oraz radiowóz więc domyśliłem się, że jednak nie jest to najzwyklejszy w świecie patrol, tylko coś się wydarzyło. Wsiadłem na rower i ruszyłem w górę. Po kilku metrach podjazdu zobaczyłem, że na środku drogi leży rowerzysta, którego reanimowano. Nie był to optymistyczny widok i do tego od razu na starcie, ale co zrobić. Tyle tylko, że droga była zamknięta przez jakiś czas, więc nie było problemu z samochodami. Dopóki były drzewa, nie było problemu z podjazdem, jechało się (mimo 12% nachylenia) całkiem przyzwoicie. Spotkałem sporo rowerzystów, ale wszyscy raczej przyjeżdżali samochodami i po prostu wjeżdżali i zjeżdżali (na samej górze spotkałem jednego sakwiarza). Niestety moja radość z zamkniętej drogi musiała się kiedyś skończyć. Cała masa aut ruszyła w górę i w dół, masakra. Droga była strasznie wąska. Dopóki były drzewa, to i na zakrętach były barierki, ale im wyżej, tym gorzej. Coraz bardziej wiało i do tego już żadnych barierek nie było, a po prawej stronie od razu przepaść. Dość niebezpiecznie. Mijało mnie sporo rowerzystów, bo z moim bagażem nie jechałem zbyt szybko. Wszyscy którzy ze mną rozmawiali strasznie mi się dziwili. Okropnie wiało i brak barierek powodował, że gdy jechałem w górę i po prawej miałem przepaść, momentami musiałem pchać rower, albo czekać aż przestanie wiać (po doświadczeniach w Norwegii, gdzie mnie zwiało na środek drogi, a Pawła do rowu, siła wiatru była porównywalna i wolałem nie ryzykować). Gdy po prawej miałem górę, bez obaw jechałem. Jakoś się udało. Wjechałem, ale to nie był koniec. Na górze znajdował się jakiś bufet, sklep z pamiątkami i dwie drogi do wyboru. Można było wjeżdżać jeszcze wyżej, lub po prostu jechać dalej na Hochtor. Chwile odpocząłem i stwierdziłem, że nie będę wjeżdżał dalej, bo strasznie wiało, a z moimi tobołami przy tym wietrze nie byłby to najlepszy pomysł. Po prostu postanowiłem jechać dalej. Przed startem usłyszałem rozmowę tamtejszego goprowca z czeskim rowerzystą, który w przyczepce przewoził dziecko. Goprowiec stwierdził, że przy tym wietrze nie mogą jechać dalej z dzieckiem, bo maluch nie ma kasku i, że mogą zjechać jedynie na dół. Okazało się, że w wypadku (tym na dole) zginęło dwóch rowerzystów.

Mnie czekało jeszcze trochę podjazdu, ale na szczęście na chwilę przestało wiać, więc spokojnie wjechałem. Porobiłem kilka zdjęć. Spora część rowerzystów już dalej nie jechała, tylko wracała. Teraz kawałek w dół i znów pod górę, już na właściwą przełęcz, która znajdowała się w tunelu. Teraz tak nie wiało, więc jechało się stosunkowo dobrze, ale zmęczenie dawało się we znaki. Udało się! zdobyłem najwyższy pkt. wyprawy oraz najwyższą przełęcz Austrii. Byłem bardzo zadowolony. Tam wiało jeszcze bardziej, a teraz w tym wietrze czekał mnie zjazd. Ubrałem się we wszystko w co miałem, ubrałem nawet rękawiczki i powoli zjeżdżałem w dół. Na szczęście udało mi się bezpiecznie zjechać. Podczas tego (jakże niebezpiecznego) zjazdu spotkałem ponownie Czechów, z którymi miałem przyjemność podjeżdżać przez dość długi czas. Tylko teraz byli samochodem. Strasznie się dziwili, że wożę to wszystko ze sobą i, że mam nawet rękawiczki. Na dole już nie wiało. Byłem strasznie głodny. Udało mi się znaleźć jakiś sklep, ale był strasznie mały, do tego prawie nic w nim nie było i było tam jakoś drogo. Kupiłem sobie ciasto i zjadłem przed sklepem. Większość rzeczy pochłonąłem podczas tego długiego podjazdu. Nie wiem czy miał te 33km, ale ciągnął się w nieskończoność. Dalej jechałem niby w dół, ale strasznie ciężko się jechało, jakby pod górę (dziwne uczucie, albo byłem tak zmęczony, albo było tak naprawdę). Nocleg znalazłem w Winklern, ale ze sklepem było znacznie gorzej. Były dwa, ale czynne tylko do 19, a ja byłem już nieco po. Na szczęście udało mi się znaleźć nocleg za pierwszym razem. Taki staruszek stwierdził, że ma mały ogródek i zaprowadził mnie do jakiegoś innego. Dopiero po jakimś czasie przyszła jakaś kobieta (chyba jego córka) była mocno zdziwiona, że zamieszkałem w jej ogródku. Była bardzo miła, dostałem kolację z czego bardzo się cieszyłem, bo moje zapasy zostały zjedzone na podjeździe. W nocy za płotem było jakieś dzikie dicho, ale byłem tak zmęczony, że w niczym to nie przeszkadzało.