22.07.2007 - Niedziela

Tego dnia obudziłem się nieco wcześniej niż zwykle, bo ok. 7:30. W planach miałem udać się na mszę do pobliskiego kościoła - na 9. Niestety, rano jak na złość pogoda się zepsuła. Niebo się zachmurzyło i lekko padało, więc od razu ubrałem mój nieprzemakalny strój, razem z pokrowcami na buty. Pojechałem tak do kościoła. Stary, mały kościół, a w nim głównie sami starsi ludzie z pobliskich domów. Po mszy jeszcze bardziej się rozpadało, więc postanowiłem zjeść tylko batonika i w drogę, a śniadanie nieco dalej. Po przejechaniu kilku km zobaczyłem znaki informujące o tym, że zbliżam się do przełęczy (Pass Leueg 552 m.n.p.m.). Stwierdziłem, że skoro są takie znaki, to na pewno będzie trochę podjazdu. Postanowiłem się lekko rozebrać, bo już mi jest ciepło, a co dopiero jak zacznę podjeżdżać. No i tak zrobiłem. Nie był to najlepszy pomysł – co jakiś czas padał deszcz. Do tego, gdy wyjechałem za zakręt okazało się, że już jestem na przełęczy. Podjazd nie trwał dłużej niż 5 minut, śmiesznie na całego, więc przed zjazdem postanowiłem się ubrać.



Droga nad rzeką Salzach

Jechałem wzdłuż rzeki Salzach. Pogoda była kiepska, niebo zachmurzone, deszcz lekko padał, ale jechało się nawet przyjemnie. Ruch stosunkowo nie duży. Po jakimś czasie, gdy jechałem krętą drogą wzdłuż rzeczki, zza horyzontu na wzgórzu wyłoniło się jakieś stare, wielkie zamczysko, do którego podjeżdżała kolejka. W tą lekko mglistą pogodę zamek wyglądał jak z horroru. Im bliżej tej (jakże ciekawej) budowli, tym więcej aut (ciekawe skąd się ich tam tyle wzięło?). U podnóża góry na której znajdowało się zamczysko, znajdował się wielki parking zapchany po brzegi autami. Do tego pełno ludzi z rodzinami, ale w sumie co się dziwić - niedziela (choć pogoda średnia). Ze zwiedzania zamku zrezygnowałem. Można było do niego dotrzeć albo kolejką albo na piechotę ścieżką. Musiałbym na dłuższy czas zostawić rower – chwilę posiedziałem na ławce, coś przegryzłem i pojechałem dalej. Dopiero za jakiś czas zrobiłem dłuższy postój na porządne jedzenie.



Moje obozowisko

Na mojej trasie pojawiało się coraz więcej pagórków i podjazdów. Niestety trafiłem na bardzo kiepsko oznakowaną drogę i do tego niesamowicie ruchliwą. Czasami trafiałem na jakieś ścieżki rowerowe, ale szybko gdzieś zbaczały, albo się kończyły. W pewnym momencie zjechałem na pobocze i patrzyłem na mapę, bo totalnie nie wiedziałem czy dobrze jadę. Do tego moja mapa nie była rewelacyjna (1:400 000) więc przez dłuższy czas się w nią wpatrywałem. Nadjechał radiowóz i jakiś miły pan policjant zainteresował się mną, wskazał mi drogę i odjechał. Gdy jechałem już we właściwym kierunku z uśmiechem na twarzy, radiowóz ten mijał mnie jeszcze kilka razy. Coraz bliżej było do najwyższego pkt. wyprawy oraz do najwyżej położonej przełęczy w Austrii. Co za tym idzie, napotykałem coraz więcej pokoi do wynajęcia, pensjonatów, hoteli oraz innych cudów. Obawiałem się, że będę miał problem ze znalezieniem noclegu. Ku mojemu zaskoczeniu było zupełnie inaczej. Zacząłem już lekko podjeżdżać i w okolicy Ferleiten postanowiłem zacząć szukać odpowiedniego miejsca na nocleg. Robiło się coraz bardziej stromo, słońce powoli zachodziło, a ja coraz bardziej obawiałem się, że nie będzie łatwo. W pierwszym domu z brzegu dwóch kolesi naprawiało basen (całe podwórko było zalane wodą) postanowiłem się tam zapytać. Początkowo kiwali głową, do tego mówili, że podwórko zalane i, że nie bardzo, ale po chwili powiedzieli, że za domem na łące mogę rozbić namiot. Ucieszyłem się. Poszedłem zobaczyć i poszukać odpowiedniego miejsca do rozbicia namiotu, a było tam strasznie pochyło i do tego strasznie wysoka trawa. Po dłuższych poszukiwaniach, udało mi się znaleźć płaski kawałek terenu. Namiot rozbiłem wśród jakiś chaszczy przy strumyku. Miałem dostęp do wody. Tego dnia miałem lekkie problemy z żołądkiem, więc nocleg w nieco odludnym miejscu wyszedł mi na dobre. Zjadłem kolację i poszedłem spać, aby mieć siłę na jutrzejszy wielki podjazd.

Dystans: 97km
Czas jazdy: 5.41h
Prędkość średnia: 17.9km/h
Max speed: 52.9km/h
<--- back --->