19.07.2007 - Piątek
Pierwsza samotna noc przebiegła bez żadnych problemów tyle, że w nocy była burza, ale to już żadna nowość. Mój rower stał sobie w garażu więc nic mu nie było a ja w ciepłym śpiworze więc tym bardziej miałem sucho i ciepło. Śniadanie na stacji benzynowej jeszcze przed granicą – trzeba było ostatni raz w Czechach zjeść kaszkę. Do granicy było dość spory podjazd. Celnik na granicy dziwił się, że tyle polaków tu jeździ na rowerach. Czyli można przypuszczać, że medycy byli tego samego dnia co ja tylko wcześniej, bo mówił że było ich dwóch. Więcej już ich nie spotkałem. Od granicy spory zjazd, aż do Linz. Tego dnia był niesamowity upał ok. 33C. Pozwiedzałem trochę miasto, ale z powodu upału oraz sporej ilości ludzi jakoś nie specjalnie mi się chciało więc pojeździłem, porobiłem zdjęcia i tyle. Całkiem ładne ale Cesky Krumlov dużo bardziej mi się podobał. W księgarni kupiłem sobie mapę. Przed księgarnią była masa starych książek (patrz zdjęcie) ciekawie to wyglądało.

Dalej udałem się ścieżką rowerową w stronę Wels, ale jakoś tak się złożyło, że się zagapiłem i do miasta nie wjechałem tylko przejechałem bokiem. W nagrodę zrobiłem sobie postój nad jakimś jeziorkiem. Było tam sporo ludzi. Razem zemną przy stoliku było dwóch facetów gadali coś po niemiecku i grali w kości i palili. Posiedziałem, zjadłem, odpocząłem i trzeba było ruszać dalej. Upał jakich mało. Przez większość dnia jechałem ścieżką rowerową. Na moje nieszczęście zbliżałem się do Traunsee, czyli dość turystycznego regionu. Okolice wielkich jezior nie są najlepszym miejscem do poszukiwania noclegów (miałem się o tym przekonać 3 lata wcześniej nad Gardą – spaliśmy na plaży). Postanowiłem więc zacząć szukać noclegu nieco wcześniej, zanim całkowicie wjadę w obszar kampingów, domków do wynajęcia itp. Było tak jak przypuszczałem, problemy z znalezieniem. Jakiś facet powiedział, że mam jechać nad jezioro i tam na końcu drogi się rozbić podobno niekiedy ludzie się tam rozbijają namioty. Na szczęście po kilku nieudanych próbach znalazłem nocleg u miłej staruszki. Zgodziła się bez żadnych problemów. Była zainteresowana moją wyprawą mimo, że potrafiła tylko po niemiecku a moja znajomość tego jakże wspaniałego języka nie jest zbyt rewelacyjna. Starałem się jak tylko mogłem nawiązać z nią rozmowę. Namiot rozbiłem przy huśtawce. Niestety dom starszej pani ulokowany był przy dość ruchliwej ulicy miałem lekkie problemy z zaśnięciem.
