18.07.2007 - Czwartek
Tej nocy nie było żadnej odmiany, znów burza i deszcz. Michał przykrył rower wieczorem, więc nie miał tym razem żadnych problemów. Jedyną odmianą tego dnia był brak śniadania. Ostatnie spojrzenie na elektrownie atomową i start o 9:30. Niecodzienny widok - w Polsce tego nie mamy, więc trzeba było nacieszyć oko. Do Czeskich Budziejowic zostało kilka km, ale tak bez śniadania nie jechało się do końca idealnie. Mieliśmy się zatrzymać za kawałek na jakiejś stacji benzynowej, żeby nabrać wody, większość zapasów wody zostało wyczerpane wieczorem i nie starczyłoby na kaszkę. Michał i Marcin pędzili jak szaleni zatrzymali się dopiero w Budziejowicach. Całkiem sympatyczne i ładne miasto, z dość sporym rynkiem. Na środku stoi fontanna, a dookoła można zobaczyć kolorowe kamienice cieszy oko. Powoli pora się rozstać. Michał z Marcinem zostali na rynku a ja pojechałem dalej w stronę austriackiej granicy.

Do wyboru miałem dwie drogi, obie prowadziły do Cesky Krumlov, z tym, że jedna była przez góry (pagórki), a druga po płaskim terenie (ale ruchliwa, główna nic rewelacyjnego). Wybrałem tą przez górki. Trasa (jak się później okazało) była dość męcząca, bo jak nie trudno się domyślić znów panował straszliwy upał. Po przejechaniu kilku km, w lasku zjadłem wreszcie wymarzoną kaszkę. W Cesky Krumlov dość sprawnie odnalazłem stare miasto. Malowniczo położone miasteczko nad Wełtawą. Spotkałem tam sporo rowerzystów – sakwiarzy, jednego na poziomym rowerze. Bardzo mi się podobało to miasteczko, sporo było tam wąskich uliczek i starych budynków a na górce zamek(tak mi się wydaję, ale nie byłem zobaczyć). Pojeździłem i pochodziłem po tej mieścinie porobiłem zdjęcia. Trochę ciężko się tam poruszało na rowerze, bo było sporo turystów, ale warto było tam zajechać i zobaczyć. Gdy wyjeżdżałem z miasteczka spotkałem zagubionych i obrażonych medyków. Dopiero wjeżdżali, więc pojechałem dalej, doliną rzeki Wełtawy. Gorący wakacyjny letni dzień więc sporo wczasowiczów. Bardzo dużo ludzi urządzało sobie spływ rzeką kajakami, pontonami i innymi cudami. Po jakimś czasie postanowiłem sobie zrobić postój. Ciężko było znaleźć jakieś zacienione miejsce. Znalazłem fajny most. Pod mostem był mniej fajnie, ale był cień cisza i spokój. Co chwile ktoś przepływał i co niektórzy dziwnie się patrzyli. Po jakimś czasie cisza się skończyła przyszły jakieś dwie kobiety z bandą dzieciarów. Trzeba było jechać dalej.

Przez jakiś czas jechałem nadal wzdłuż Wełtawy, niby w górę rzeki, ale jakoś w ogóle tego nie odczuwałem jechało się bardzo dobrze wiał przyjemny wiatr i chłód od rzeki i lasu. Nadal masa wczasowiczów na okolicznych kampingach i w rzece. Do granicy zostało już tylko kilka km. Malownicze tereny, nawet jakiś zamek na górce stał. Trzeba było odbyć od rzeki w stronę granicy niestety teraz już pod górę było czuć, że jedzie się w górę a nie w dół. W wioskach przy granicy było pełno straganów z różnego typu wyrobami od drewnianych po jakieś ubrania, ale nic sobie nie kupiłem. Powoli robiło się późno więc postanowiłem zabrać się za szukanie miejsca na nocleg. Pierwsza samotna noc, ale z znalezieniem noclegu nie miałem najmniejszego problemu. Udało się z pierwszym razem u starszego pana. Pozwolił mi się rozbić na swojej łące. Jedyny problem, że ta łąka była na górce i nie dało się tam wjechać rowerem. Wszystko musiałem wnosić a rower zostawiłem na dole w garażu. Namiot rozbiłem przy ulach. Miałem dostęp do wody. Do granicy zostało już tylko 7km bo spałem w Studanky.