17.07.2007 - Środa
Dla odmiany, w nocy była burza oraz dość silny deszcz. Michał postanowił przykrywać swój rower, mi oczywiście nie chciało się wychodzić z namiotu (spało się doskonale). Marcin nie miał takich problemów - jego rower spał razem z nim w namiocie. Jak nie trudno się domyślić pobudka skoro świt. Gospodarz zaprosił nas na śniadanie. Po śniadaniu zrobiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcie z cała rodziną i pora ruszać. Po nocnych opadach i burzy na szczęście było nieco chłodniej (dzięki czemu jechało się miło i przyjemnie). Powoli zaczęły się jakieś pagórki, ale czym one są w porównaniu z zbliżającymi się Alpami.

Z rana jechaliśmy przez lasy. To taka mała odmiana, później już tylko i wyłącznie pola. Znów zrobiło się gorąco. Jedziemy bocznymi drogami. Popołudniu ok. 15 znaleźliśmy fajne miejsce na postój. Jakiś mały barek z ławkami na wolnym powietrzu pod drzewami. Zaszalałem i kupiłem se loda. Marcin i Michał gotują wodę na smaczną zupkę, a ja korzystam z okazji i uciąłem sobie małą drzemkę na ławce pod drzewem. Jesteśmy coraz bliżej Austriackiej granicy ciągle sporo pagórków. Michał i Marcin jechali jak szaleni przodem, a ja powoli na samym końcu. Dzięki czemu w Tabor udało nam się pomylić drogę i zamiast jechać boczą, wylądowaliśmy na międzynarodowej, maksymalnie ruchliwej drodze. Po kilku km sytuacja była opanowana i znaleźliśmy się na bocznej cichej, spokojnej drodze, bez specjalnej dużej ilości aut. Wiał przyjemny niezbyt silny wiatr i mimo znacznej temperatury jechało się świetnie.

Tego dnia powoli i malowniczo zachodziło słońce. W oddali było widać elektronie atomową do której zbliżaliśmy się z minuty na minutę. W pobliżu elektrowni nadszedł ten moment i powoli trzeba było szukać miejsca na nocleg. Jakoś tak się złożyło, że nie było tam zbyt wiele wiosek. Wcale mnie to jakoś nie dziwi. Pojechałem do jakiejś wioski, gęsta zabudowa i do tego w każdym domu pies. Stwierdziłem, że tu miejsca na nocleg się nie znajdzie i trzeba jechać dalej. Kilka km dalej na górce pod lasem, zauważyłem idealne pole do rozbija namiotu. Pojechałem to sprawdzić. Lepszego miejsca nie dało się znaleźć - pod lasem z widokiem na elektrownie atomową rewelacja. Reszta uczestników wyprawy była nieco innego zdania co do tego miejsca. Postanowili sami znaleźć jakieś lepsze miejsce i pojechali gdzieś a ja zostałem. Przyjechali po jakimś czasie i jakoś udało mi się ich namówić na rozbicie namiotu właśnie tu a nie gdzie indziej. Zrobiło się ciemno. Było słychać tylko szum elektrowni i zwierzęta buszujące w lesie obok. Po ciężkim dniu nie było najmniejszych problemów z zasypianiem.