17.07.2007 - Wtorek
Pobudka skoro świt, bo około 7:40! Pakowanie i zwijanie namiotów przebiegają sprawnie i bez problemów. Ruszamy o 8:40 , ale zamiast w kierunku Pragi jedziemy w przeciwna stronę. Wracamy kawałek, aby na stacji benzynowej zjeść śniadanie czyli pyszną kaszkę z dodatkami. Mamy dostęp do wody, Marcin skorzystał z okazji i postanawia umyć włosy. Do Pragi już tylko 40 km, udało się jeszcze skorzystać z bocznych dróg, ale nawet na nich ruch coraz większy. W końcu zbliżamy się do wielkiego miasta. Przed wjazdem do Pragi jedziemy jakąś strasznie zatłoczoną dwupasmową obwodnicą. Masa aut, a do tego niesamowity upał i spaliny dają się we znaki. Jakoś udało nam się wjechać do centrum. Im bliżej centrum i starego miasta, tym więcej autobusów wycieczkowych. Mały odpoczynek nad Wełtawą i pora udać się na rynek i na stare miasto, żeby coś zobaczyć.

Jak się okazało, nie jest to do końca takie proste jak się wydaje. Stare miasto oraz zabytki Pragi są rozlokowane w różnych miejscach. Chcieliśmy się udać na rynek, ale jakoś tak niefortunnie, a może dobrze się złożyło, że udaliśmy się całkiem gdzieś indziej – na wzgórze. Tam znajdował się całkiem ładny zielony park, kawałek dalej jakiś pałac (chyba), następnie wielki kościół (ale niestety nie wiem jakiego wezwania). Zrobiliśmy sobie mała przerwę - było niesamowicie gorąco, a żaden z nas nie miał ani kropli wody – masakra. Marcin nie wykazywał specjalnego zainteresowania obiektem. Michał udał się by zobaczyć kościół, ale po chwili wrócił. Stwierdził, że jest straszna kolejka przy wejściu i nie da się wejść do środka. Postanowiłem to sprawdzić. Nie wiem - ja tam żadnej kolejki nie widziałem. Bez żadnych problemów udało mi się dostać do tej wielkiej i pięknej budowli. Wychodząc zauważyłem ludzi wchodzących w jakiś zaułek i znikających. Postanowiłem to sprawdzić. Okazało się, ze znajduję się tam prawie tajemne przejście na wieżę. Widoki z wieży były świetne, ale droga na górę mniej świetna - kręte schody )i to w dodatku nie mało), do tego niesamowity upał i pragnienie - ale warto było.

Wróciłem po kilku minutach. Michał stwierdził, że to niemożliwe, że udało mi się wejść do środka. Stwierdził, że idzie jeszcze raz sprawdzić, ale znów po chwili wrócił zniechęcony, z tego samego powodu co wcześniej. Pora znaleźć jakiś sklep. Udaliśmy się na rynek. Tam kilka zdjęć i postanawiamy wyjeżdżać powoli z miasta. Ja jechałem przodem, a reszta za mną. Wyjeżdżam - patrzę, a ich nie ma!! ale za to był rzeźnik, a w nim sok (kupiłem wielki karton). Od razu lepiej z sokiem – radocha na całego, tyle, że ich nadal nie ma. Napisałem im sms-a gdzie mają się kierować i zabrałem się za wyjazd z miasta. Udało się bez większych problemów. Czekałem na nich pod marketem, zdążyłem się też zaopatrzyć w pożywienie, a ich ciągle nie było. Po jakimś czasie się zjawili (jak się później okazało pobłądzili w Pradze i mieli problemy z wyjazdem i zrobili 10km więcej ode mnie).Dalsza podróż przebiegała spokojnie i bez żadnych problemów. Mieliśmy okazje podziwiać malowniczy zachód słońca. Nocleg znajduję bez żadnych problemów, mam doświadczenie z poprzednich wypraw. Jakoś tak się składa, że na rozdrożu mieszkają mili ludzie, tak jest i tym razem. Dom na rozdrożu, miła rodzina jak się później okazuję gospodarz też jeździ na rowerze. Tego dnia zamiast prawie smacznych zupek wielka uczta w domu gospodarza, tylko ja zjadłem wszystko Michał i Marcin nie dali rady, po wielkiej kolacji pora udać się do namiotów aby wypocząć przed dalszą drogą.