11,12.08.2007 - Sobota i Niedziela
Po prawie przespanej nocy na dworcu w Munster. W zasadzie trochę spałem, ale co chwilę się budziłem bo światło świeciło prosto w oczy i co chwile ktoś łaził postanowiłem pojechać nieco wcześniejszym pociągiem i na następnym dworcu poczekać ewentualnie pojechać jakimś innym pociągiem w końcu zakupiłem bilet weekendowy więc musiałem korzystać z okazji i mogłem jeździć dowoli. Niestety dworzec nie był przystosowany dla rowerzystów. Na perony prowadziły tylko schody. Podczas wieczornego spaceru dookoła dworca znalazłem tajne przejście na peron co prawda był tam płot z furtką zamkniętą na klucz ale i tak udało mi się to otworzyć i wjechać na peron bez przenoszenia roweru. Ok. 4 udałem się przez to tajne przejście na peron i wpakowałem się z rowerem do pierwszego pociągu, nikogo oprócz mnie w nim nie było, dopiero na chwilę przed odjazdem nadeszło trochę ludzi. Udało się pierwszy pociąg ruszył. Na kolejnym dworcu były już windy, był wielki, ale na moje nieszczęście było tam pełno ludzi i już nie miałem szans pospać do tego jazda wcześniejszym pociągiem w tym przypadku nic mi nie dała, bo nie było żadnego wcześniejszego pociągu, musiałem czekać na ten którym i tak miałem jechać. Gdy tak siedziałem i czekałem przyczepił się jakiś włóczęga i mimo, że siedziałem przy rowerze chciał mi grzebać w sakwach ale skutecznie go przepędziłem.
Następny pociąg był bardzo fajny miał specjalny wagon rowerowy do którego praktycznie dało się wjechać bo drzwi miał na wysokości peronu. Widać, że wiele osób korzysta z bilety weekendowego i jeżdżą w kilka osób wraz z rowerami na wycieczki, bo na każdej kolejnej stacji wsiadało coraz więcej rowerzystów. Po pewnym czasie jazdy pociąg się zatrzymał na stacji i stał przez jakiś czas, konduktorka zaczęła coś po niemiecku gadać a że nie rozumiałem do gadała, siedziałem zadowolony. Dopiero po pewnym czasie przyszła do mnie bardzo niezadowolona i okazało się, że mam natychmiast wysiadać z pociągu, bo znaleziono w toalecie jakaś torbę i jest podejrzenie, że to bomba. Wiocha straszna do tego tylko schody żadnej windy, ale chcąc nie chcąc musiałem opuścić dworzec. Jak się okazało nie jest to pierwszy przypadek (jakiś miesiąc wcześniej na tej samej linii znaleziono najprawdziwszą w świecie bombę). Tym razem ktoś po prostu zostawił torbę. Zanim się to wszystko wyjaśniło minęło sporo czasu. Na następnym dworcu miałem na przesiadkę dwie minuty (lekko się obawiałem bo nie wiedziałem z którego peronu ani nic), ale na szczęście dworzec był na tyle duży ze posiadał windy i jakoś sprawnie mi to poszło na ostatnią chwilę zdążyłem przed odjazdem. Niestety nie pamiętam gdzie dokładnie się przesiadałem. Miałem przez całe Niemcy bodajże 4 przesiadki. W pociągu do granicy miałem okazję jechać z kibicami, którzy jechali do Hamburga na mecz. Nie wiem czy to tylko w Polsce tak jest, ale tam grzecznie się zachowywali, śpiewali sobie pili piwo i nic nie demolowali. W pociągu poznałem parę Rosjanina i jego żonę zdaję się była z Mołdawii. On mieszka niedaleko Murmańska i znał polski zespół Vader, był nawet na ich koncercie. Po tych wszystkich przygodach i prawie całym dniu w niemieckich pociągach udało mi się dotrzeć do Frankfurtu nad Odrą. Na rowerze przejechałem granice no i byłem w Słubicach, z których to miałem jechać pociągiem do Poznania, a następnie dalej w kierunku domu. Jak się jednak okazało nie jest to takie proste. Szukałem dworca kolejowego.
Stwierdziłem, że zapytam taksówkarza no i wskazał mi kierunek w którym mam się udać. Jadę i jadę i nic. Więc pytam kolejnych osób. No i zdania były podzielne, ale jednak większość osób usilnie chciała mi wmówić, że w Słubicach nie ma dworca i że stąd pociągiem to ja nie pojadę najbliższa stacja w Rzepinie 20km dalej. Okazało się ze dworca nie ma, ale jest stacja i zatrzymują się tam pociągi jadące zza zachodniej granicy. Udałem się tam. Na przystanku masa osób a na stacji nikogo. Od razu było widać, że jestem w Polsce kobieta przyszła do mnie i powiedziała, że pociąg dziś nie pojedzie. Dziś komunikacja zastępcza czyli autobus. Ucieszyłem się niesamowicie, ale zapewniła mnie, że dzień wcześniej też byli rowerzyści i ich zabrano do autobusu. A jakoś nie szczególnie chciało mi się jechać do Rzepina. Więc cierpliwie czekałem po za mną było sporo ludzi i jeszcze trzech sakwiarzy do tego jeden z przebitym kołem. Pociągo – autobus przyjechał z opóźnieniem chyba 40 minut. Piękny ładny turystyczny autobus z wielkim konduktorem, który stwierdził, że nas nie weźmie (jakby podstawili miejskiego przegubowego długasa nie było by problemów, ale co się dziwić polska kolej). No i pięknie, pani która zapewniała mnie wcześniej, że pociąg w sensie autobus nas weźmie teraz stwierdziła, że postara się przytrzymać pociąg w Rzepinie (tam już był normalny pociąg jeżdżący po torach a nie drodze). W trzech stwierdziliśmy ze trzeba szybko udać się do Rzepina, jak dla mnie zdecydowanie za szybko, ale jechałem z nadzieją, że miła pani przytrzyma pociąg. Po bardzo męczącej jeździe dotarliśmy na dworzec no i pociąg sobie pojechał. Wypatrzyłem kolejny pociąg 4h później jadący do Katowic. Zanim się zdecydowałem, że nim pojadę kasa została zamknięta (była czynna do 20). Przeczekałem te 4h w budce z kebabami pan był tak miły, że mnie nie przegonił nawet dostałem kilka butelek wody na drogę bo przyznam strasznie mnie suszyło chciałem kupić a dostałem za darmo. W pociągu który nadjechał wg rozkładu miał być wagon rowerowy ale pociąg był tak długi, że nie zmieścił się na peronie a do tego stał tylko 4 minuty. Wiec wpakowałem się do pierwszego lepszego wagonu ledwo zdążyłem przed odjazdem. Ustawiłem rower koło toalety i postanowiłem poszukać miejsca, ale jak się okazało wszędzie pełno. Nic mi nie pozostało jak zamieszkać razem z moim rowerem na korytarzu. Dopiero po jakimś czasie jakaś miła dziewczyna zaprosiła mnie do przedziału, w którym było już sporo osób ale jakoś się zmieściłem i tak do rana. Chciałem kupić bilet, ale nigdzie nie było konduktora. Dopiero nad ranem zjawił się konduktor i mówię mu, że chce bilet z Rzepina strasznie się zdziwił i stwierdził, że sprzeda mi bilet z obecnej stacji, ale dopiero za jakiś czas zostawił mi jakaś kartkę i poszedł. Mnie czekała kolejna przesiadka w Kędzierzynie, na która miałem mało czasu wiec znów nie kupiłem biletu. Tym razem znalazłem wagon rowerowy. Bilet kupiłem dopiero za Gliwicami. Ostatnia przesiadka w Katowicach. Pociągiem do Kalet a z Kalet do domu na rowerze. Po przejechaniu 2623 km 163h godzinach spędzonych na rowerze w 28 dni wyprawa rowerowa dobiegła końca w niedzielny poranek o 11:33 z uśmiechem na twarzy dotarłem do domu.