09.08.2007 - Czwartek
Od rana lało choby głupie albo i gorzej, zdecydowanie gorzej. Ubrałem swój nieprzemakalny strój. Ruszyłem w kierunku miasta. Było do niego jeszcze kilka km. Zdecydowanie więcej niż mi się wydawało. Miasto może i fajne gdy jest fajna pogoda. Wiec tylko przez nie przejechałem i pojechałem dalej. Tyle, że znalazłem fajny tunel rowerowy pod rzeką. Wjeżdżało się tam, dalej specjalną windą później się przejeżdżało kawałek i znów windą w górę. To był jedyny fragment dnia bez deszczu. Za miastem zakupy. Pod marketem spotkałem cała rodzinę na rowerach. Pocieszyło mnie to, że oni byli bardziej mokrzy niż ja. Na przystanku za jakiś czas zrobiłem sobie przerwę na jedzenie. I tak do wieczora już tylko padało i padało a ja jechałem cały mokry. Dojechałem do Holandii. Tam nocleg za pierwszym razem w szopie przy domu. Dostałem gorącej herbaty. Zdecydowanie tego mi trzeba było. Miałem cieplą herbatę sucho i oświetlenie.