31.07.2007 - Wtorek
Niestety dopadła mnie w nocy gorączka i nie udało mi się jej pozbyć. Rano znów podwójna dawka leków kaszka i późny start bo dopiero o 1030. Stwierdziłem, że pojadę zobaczyć na stacje kolejową i może podjadę trochę pociągiem a dalej rowerem, ale na moje nieszczęście albo szczęście na dworcu był tylko automat do sprzedawania biletów. Trochę przy nim postałem, ale nie wiedziałem co i jak więc pojechałem dalej i stwierdziłem, że może dalej spróbuje. Mimo, że miałem gorączkę i nie byłem w pełni sił podjazd i zdobicie przełęczy 1018 m.n.p.m. nie sprawiło mi większych problemów. Po około 30km byłem w Interlaken postanowiłem się udać tam na dworzec i sprawdzić jak się sprawy mają. Wyciągnąłem mapę i szukałem jakiegoś sensownego miejsca gdzie można by pojechać i próbowałem się dowiedzieć o cenę biletu. Nie było łatwo kasy były na numerki dość szybko to szło, ale trafiłem na jakaś niezadowoloną z życia kobietę od niej w zasadzie nie uzyskałem żadnej informacji dała mi tylko rozkład pociągów na kartce. Za drugim podejściem trafiłem na faceta dowiedziałem się ile kosztuję bilet do Montreux. Dopiero za trzecim podejściem postanowiłem jednak kupić bilet mimo, że był drogi, ale stwierdziłem, że tak będzie rozsądniej aby się pozbyć gorączki. Miałem sporo czasu do pociągu więc posiedziałem na Dworcu. Na stacji był spory ruch i napisy jeśli dobrze pamiętam w 3 językach po niemiecku, chińsku (czy jakiemuś takiemu) i angielsku.
Pociąg był nieco wcześniej więc władowałem się do specjalnego rowerowego wagonu. Oczywiście jak to zwykle bywa na ostatnią chwilę przyszła masa ludzi. Jechało się bardzo fajnie, ale niestety czekała mnie przesiadka. W Zweisimmen miałem tylko 5 minut na przesiadkę i następny pociąg już nie był taki fajny nie umiałem znaleźć żadnego wagonu rowerowego. Więc wpakowałem się do pierwszego lepszego, ale nie był to dobry pomysł zatarasowałem całe przejście. Przyszła pani konduktor i na najbliższej stacji kazała mi wpakować rower do wagonu bagażowego. Jakoś się udało, ale nie było łatwo bo drzwi miał strasznie wysoko a mój rower był strasznie ciężki, ale przy pomocy miłej pani jakoś się udało. Po pewnym czasie konduktor się zmienił i przyszła jakaś wielka, stara, gruba baba i powiedziała, że moje sakwy nie mogą być w bagażowym bo mam bilet tylko na rower a nie na bagaż. A nie chciało mi się tego zdejmować, bo już prawie byłem na miejscu. Coś tam pomarudziła i poszła. Będąc już praktycznie na miejscu znów przyszła i znów to samo i dodatkowo powiedziała, że w takim razie ona mi nie pomorze wyjąc rowera z pociągu i że mam sobie radzić sam tak to jest z wrednymi babami. Na szczęście znalazł się jakiś miły pan, który mi pomógł na szczęście peron był dość wysoki i nie było tak źle.
Gdy byłem na miejscu powoli już zachodziło słońce. Więc po prostu pojechałem dalej w kierunku Francji, trzeba było znaleźć jakiś nocleg, a jak to w wielkim mieście same bloki. Po przejechaniu kilkunastu km powoli zaczynały się normalne domy. Na górce wypatrzyłem jakieś winnice. Postanowiłem tam zajechać przed jednym z domów siedzieli jacyś ludzie. Więc udało się za pierwszym razem. Dodatkowo okazało się, że to jakieś święto i zostałem zaproszony na kolacje i wino. Mimo, że nie byłem jeszcze w pełni sił, ale czułem się już znacznie lepiej. Jednak mimo dość drogiego biletu decyzja ta była zdecydowanie dobra i nie żałowałem jej. Wieczorem nad jeziorem genewskim było widać sztuczne ognie. Przed snem prysznic a później spać.