26.07.2007 - Czwartek
Po wieczornym podjeździe spało się doskonale. Obudziłem się tak jak zwykle. Miła staruszka pozwoliła mi skorzystać z prysznica z czego bardzo się ucieszyłem. Dodatkowo dostałem śniadanie no i kawę w końcu byłem we Włoszech wiec jakby to mogło być, że śniadanie bez kawy. Ruszyłem ok. 9:20 i od razu o poranku długi fajny zjazd do S. Leonardo, miło tak zacząć dzień tylko pogoda mogłaby być trochę lepsza, niestety niebo było zachmurzone (wtedy byłoby już całkiem idealnie, ale nie można mieć wszystkiego). Na dole mała przerwa, zauważyłem skansen jakiejś starej wsi, ale tylko pochodziłem dookoła zrobiłem kilka zdjęć i w drogę – trzeba było płacić za wstęp. Od rana miałem przyjemność jechania ścieżką rowerową wzdłuż rzeki Passirio prosto do Merano.

Okazało się ze to dość spore miasto i miałem problemy z odnalezieniem ścieżki rowerowej biegnącej w odpowiednim kierunku (do Naturno) i niestety musiałem jechać ulicą. Na moje nieszczęście był wypadek i ruch odbywał się wahadłowo do tego był ogromny korek a droga była bardzo wąska i miałem spory problem żeby tam przejechać, jechałem powoli i zablokowałem jeszcze dodatkowo ruch (nikt nie trąbił), ale jakoś się udało niestety wymęczyło mnie to dość mocno. Jeszcze kilka km musiałem się pomęczyć jadąc drogą, ale po pewnym czasie na szczęście udało mi się znaleźć ścieżkę rowerową – bardzo mnie to ucieszyło. Tego dnia jechałem na zmianę wzdłuż rzeki bądź też przez ogromne sady (gdzie była masa jabłek, ale nie próbowałem). Tamtejsze ścieżki rowerowe bardzo często biegną jakimiś bocznymi mało uczęszczanymi drogami np. przez sady (zazwyczaj w idealnym stanie). Co jakiś czas znajdują się tam zraszacze (takie jak do trawników tylko większe) miałem niezły ubaw jak przejeżdżałem koło takiego wielkiego zraszacza, który bardzo często fundował mi darmowy prysznic. Popołudniu zrobiło się bardzo ciepło i świeciło słonce na ścieżce rowerowej mijałem sporo rowerzystów (małych i dużych, często podróżują całe rodziny).

Zrobiłem sobie postój w cieniu przy studzience z wodą. Pora wymienić klocki hamulcowe, bo już się zużyły i przy hamowaniu było mnie słychać z dwie wsie dalej zgrzybiało choby głupie. Mimo, że ścieżką rowerową jechało się idealnie to biegła ona dość mocno na około więc nadrobiłem sporo km, ale przynajmniej bez ruchu, spalin mogłem nacieszyć się widokami i świeżym powietrzem. I tak do wieczora już tylko ścieżką głównie przez sady z masa jabłek. Nocleg udało mi się znaleźć za drugim razem przy ścieżce rowerowej. Na jakieś farmie, która prowadziła sprzedaż bio – żywności. Dostałem kiełbaskę oraz chleb produkcji gospodarzy. Miałem okazję skorzystać z prysznica. Jak się okazało gospodarze też jeżdżą na rowerze na wyprawy rowerowe. Namiot rozbiłem w ogródku pod jabłonią, było tam pełno jakiegoś robactwo komaro – podobnego gryzło jak nienormalne.