25.07.2007 - Środa
W nocy już nie padało, ale było chłodno dzięki czemu spało się bardzo przyjemnie. Gdy wstałem słonce świeciło choby głupie, ale było przyjemnie świeże i chłodne powietrze. Od gospodarzy o poranku dostałem kawę. Wystartowałem ok. 9 w kierunku Brunico. Ku mojemu zaskoczeniu bardzo ciekawa wioska, ładna zabudowa do tego wielki kościół, ogólnie ładne i zadbane. Wreszcie udało mi się zaopatrzyć w gaz (w wielkim kilkupiętrowym sklepie sportowym, kto by się spodziewał). Tego dnia miałem przyjemność jechania ścieżką rowerową. Z chwili na chwilę robiło się coraz cieplej. Po wcześniejszych opadach tego dnia było niebieskie niebo bardzo przyjemnie się jechało i do tego wspaniałe widoki. Po jakimś czasie postanowiłem zrobić przerwę, bo przecież trzeba coś jeść. Gdy tak siedziałem i gotowałem przyjechał jakiś dziwny koleś z ananasem. Trochę z nim porozmawiałem i nie wierzył, że przyjechałem z polski. Obierał tego ananasa i jadł a na koniec poszedł sobie umyć ręce w takiej większej kałuży i prawie by do niej wleciał (trochę śmiesznie to wyglądało). Myślał, że jechałem 11 tygodni z polski, na szczęście szybko skończył z tym ananasem i pojechał dalej, ja zjadłem kaszkę zrobiłem kilka zdjęć i nic mi nie pozostało tylko ruszać.

Piękne widoki i ścieżka rowerowa mnie nie opuszczały tylko, że czasami pod górę, ale dawałem radę w końcu duży już jestem. Jechało się bardzo przyjemnie czasem lasem a czasem przez jakieś pola. Niestety jakoś tak dziwnie się złożyło, że ścieżka rowerowa była kiepsko oznakowana i ją zgubiłem, a co za tym idzie niepotrzebnie wjechałem na jakaś wielka góra, ale za to fajnie się zjeżdżało w poszukiwaniu ścieżki. Było widać, że tu była jeszcze większa ulewa niż tam gdzie ja jeździłem wcześniej. Na ścieżce rowerowej było pełno kamieni igieł, błota i innego dziadostwa momentami wcale się nie dało jechać i trzeba było przenosić rower, na szczęście nie było tych miejsc aż tak dużo,ale i tak spowolniło mnie to troszkę. Tego dnia miałem też przyjemność zobaczyć jakaś wystawę malarsko – fotograficzną jakiegoś faceta w ruinach zamku a koło tych ruin winnica. Trochę dziwna ta wystawa była (na sporej ilości malowideł był sam autor), ale sam zamek był fajny.

Ok. 1730 zbliżałem się do podjazdu na przełęcz, miałem do wyboru albo wjeżdżać, albo szukać nocleg. Było jeszcze wcześnie więc postanowiłem atakować na przełęcz. Nie wiem czy zawsze czy tylko ja miałem takie szczęście, ale praktycznie wcale nie było tam samochodów. Podjazd był stosunkowo łagodny w porównaniu z podjazdem na Hochtor. Ale stosunkowo długo jechałem i jechałem i myślałem, że ten podjazd nigdy się nie skończy. Widoki były świetne, do tego zachodzące za góry słońce, rewelacyjnie to wyglądało. Udało się zdobyłem passo Giovo 2094 m.n.p.m. zajęło mi to dość sporo czasu - powoli robiło się już ciemnawo. Na górze z radości postanowiłem to uwiecznić z tym, że nikogo tam nie było kto myłby mi zdjęcie zrobić. Zatrzymałem pierwszy przejeżdżający samochód i z uśmiechem na twarzy pognałem w dół. Z racji tego ze było już prawie ciemno postanowiłem poszukać noclegu, na zjeździe wypatrzyłem wielki dom z dość sporym ogródkiem. Postanowiłem tam zapytać – no i udało się za pierwszym razem. Dom był wielki i do tego miał gigantyczne okna. Wywołałem dość spore zainteresowanie gospodarzy. Mieszkało tam sporo ludzi, byli bardzo mili i dostałem kolacje (gotowane jajka i bułkę). Tego dnia rozbijałem namiot całkiem po ciemku, ale i tak poszło szybko i sprawnie po tylu dniach nabrałem już wprawy.